Moim zadaniem technika cyfrowa jednych rozbestwia i strzelają bez opamiętania, innych dyscyplinuje, taką postawę przyjęli i już. Jedni drugich nie przekonają.
Osobiście sądzę, że z ilością fotek jestem gdzieś pomiędzy tymi dwoma skrajnymi kategoriami.
Zaczynałem fotografowanie na kliszy 6x9 z aparatem z mieszkiem (przedwojennym!). Jeśli dobrze pamiętam, to 8 lub 12 klatek można było naświetlić., czyli tyle co nic, na rozgrzewkę.
Potem dostąpiłem małego obrazka – nowiutka Smiena. Tam było 36 klatek. To już było coś.
Potem Zenit 35 mm i film kolorowy, ale odwracalny, też 36 klatek.
Gdy dzisiaj przeglądam slajdy, to stwierdzam, że udanych było 0,5 – 1, najwięcej 3 klatki spełniające dzisiejsze kryteria i to z ledwością.
Potem były filmy korowe negatywowe, odbitki z maszyny, itd.,itd.
Wkroczenie techniki cyfrowej, to rewolucja polegająca przede wszystkim na tym, że dostalismy więcej kontroli nad zdjęciem na monitorze oraz więcej tolerancji płynącej z ilości.
Fotograf przestał być ograniczony ceną, ilością oraz łatwo może kontrolować wstępnie kadr i techniczną poprawność na bieżąco w trakcie sesji. Dla mnie ilość klatek jaką daje fotografia cyfrowa, to większa swoboda w podejściu do sceny, więcej minimalnie różniących się ujęć, możliwość korzystania z bracketingu, itd.
Aparaty kompaktowe idealnie się nadają do fotografowania okazyjnego, z zapasem na błędy, z wykorzystaniem dość szerokiego przedziału podejść do obiektu oraz np. w fotografii reportażowej, z możliwością szybkiego zarejestrowania różnorodności scen przy zapewnionej wystarczającej poprawności technicznej.
Niewątpliwie takim urządzeniem jest XZ-1 – dość duża mobilność, jasny obiektyw, stosunkowo duża rozdzielczość, słowem wysoka, jakość zdjęć okazjonalnych. Jest to chyba najszerzej używana klasa aparatów (mam na myśli ilość fotek) przez zaawansowanych amatorów.
Na koniec poruszę prowokacyjnie kwestie trzaskania zdjęć w rawach. Wydaje mi się, że wielu amatorów tak dalece zawierzyło tej technice, że nie oczekuje w niej ograniczeń, nie martwi się ekspozycją, ani kolorem, ani szczegółami w cieniach ani rozpiętością tonalną, etc. oczekując, że aparat wypluje mi rawa, a resztę się załatwi suwakami. Często pojawiają się fotki tzw. wyciągane ma maksa, co w niektórych przypadkach nie wygląda najlepiej, a w innych fatalnie – sztucznie, przesadnie, mówiąc hiperbolicznie - nie po krzywej mojego oka.
Pzdr, TJ
Ostatnio edytowane przez Tadeusz Jankowski ; 15.01.12 o 02:08
@ Epicure - ale w tym swiecie sa skrajności - są asceci i są małpy są lenie są umiarkowanie. kazdt ma aparat więc kazdy moze go użwywać wedle swych potrzeb i uznań... Na prawdę przekrojowo parząc każdy jest inny i akdy ma inne podejście jeden na tygodniowym wyjeździe zrobi 3 - 7 zdjęć ( znam takich ) a inny zapełni 4 kart y 8 GB - też znam takich...
Bardzo interesujące stwierdzenie, zkłaszcza w kontekście corocznie pojawiających się nowych zdjęc Marylin Monroe, odzyskanych z setek negatywów pierwotnie odrzuconych przez autorów (albo słynnego swego czasu newsa nt jednego z najsłynniejszych zdjęć Bressona, które było jednym z 24 bodajże zrobionych w ciągu kilku minut).
Zaglądnijże! - http://www.mariuszsarzynski.pl/
W tych czasach mało kto myśli przy robieniu zdjęć - przecież to nic nie kosztuje,zawsze któreś z kolei się uda. w minionych czasach trzeba było myśleć - bo to kosztowało i to dużo - film;odczynniki; papier; długie godziny przesiedziane w łazience.W tamtych czasach nie było by co najmniej połowy terażniejszych ,,asów'', bo to kosztowało dużo pieniędzy i pracy.