No dobrze, więc nie zamieszkam na Nowej Zelandii. Ale wybrałbym się tam chętniej niż do Australii.
A jakby co, to mam stabilizację w body ;)
Wersja do druku
No dobrze, więc nie zamieszkam na Nowej Zelandii. Ale wybrałbym się tam chętniej niż do Australii.
A jakby co, to mam stabilizację w body ;)
Hehehe - podoba mi sie euforia i zachwyt niektórych dzięki twoim wątkom. Przyznaje że wyglada to tak pięknie że cieżko uwierzyć w tak realne zagrożenia zdrowia/życia o ktorych piszesz. Pewne rzeczy sa niesamowite (jak choćby ten samowystarczalny parking).
Jak oglądałem fotki z twojej chacjendy (hehe) z widokiem na zachód słońca to wszytsko pięknie ładnie - ale samotność byłaby dla mnie chyba straszna. Ostatnio z wiekiem szukam spokoju ciszy (itp itd) ale chyba taka dawka jaka jest w australii mogłaby być dla mnie zabójcza.
Jak zostaną wizy zniesione kiedyś to na pewno bede chciał odwiedzić Australie (na pewno nie te regiony w ktorych ty bywałes bo na nie trzeba sie odpowiednio wyekspediowac).
Bardzo ciekawa relacja i piękne fotki. pozdrawiam
Nie jest tak źle. W końcu byłem z żoną i u rodziny.
Do.... nazwijmy to centrum Bremer Bay, jest 15 km.
Nie jest tak jak może uważasz. W Perth-cie też mieszkamy. Osobiście wolę Bremer Bay i jeździć gdziekolwiek.
Nie chciałbym tutaj na forum wszystkich szczegółów, ale życie towarzyskie istnieje i to naprawdę na dobrym poziomie. Samotność nie dokucza.
Inne życie, inny świat. Dla mnie, dla żony jest wielką atrakcją. A wyciszenie, szum oceanu, podpływające wieloryby, delfiny. Gwieździste niebo. Tego nie można nawet opisać.
Czasami jest pewne zdarzenie. Trochę tylko szcześcia.
Księżyc w nowiu i w pełni gwieździste niebo. Ciemno jak w ….. :-)
…i widzisz tylko gwiazdy, które przy spokojnym morzu odbijają się w wodzie. Jest wrażenie jak w kosmosie. Zawieszenie w próżni. Nie ma góry, nie ma dołu.
Możesz to sobie wyobrazić? :-)
Za takie atrakcje oddaję rok pobytu w apartamencie w InterContinental w Warszawa z pełna służbą i utrzymaniem :-)
:-)
A zaczęło się tak niewinnie.:-)
Chciałem pokazać kilka fotek z Pinnacles, a zrobił się reportaż.
Jak Was jeszcze nie zanudzam to tym razem pokażę Wam jeszcze dalej na północ. Prawie centrum tropiku. Tutaj już naprawdę Diabeł mówi dobranoc. A może nawet „Dzień Dobry, witamy w piekle” :-)
Temperatury w granicach 40 stopni. Drogi już raczej tylko z grewolu lub żadne. Kurzy się, na szczęście za samochodem. Kurz z glewolu szybko opada. Mieliśmy do wyboru, albo klimatyzacja albo lodówka. Zimne piwo kusi, ale i pot z czoła się leje. Lodówka na szczęście jak pochodzi 10-15 min to trzyma temperaturę godzinę.
Niektóre kaniony były już suche, w innych woda szczątkowa, ale były też orzeźwiające. Z wodospadami. Woda w kanionach czyściutka, ciepła jak zupa. Kąpiel w takim czymś w temperaturze 40 stopni to jak raj.
Piękny krajobraz. Ale tak samo surowy. Tutaj nawet już kangura spotkać nie można.
Ludzi, jeżeli tutaj ktoś zawita, to najwyżej 10-ciu na tydzień i to w okresie wzmożonego ruchu turystycznego.
Większa fotka panoramy jest tutaj www.formatfoto.pl/olymp/kan.htm
Tutaj był wodospad. Za kilka miesięcy znowu będzie.
W tym kanionie woda jeszcze była. Jednak stojąca. Do takiej lepiej nie wchodzić. Nie jest to aż tak strasznie niebezpieczne, jednak stojąca woda w tropiku zawsze jakąś bakterie może mieć. Przy braku wody pitnej (jak zabraknie), po przegotowaniu nadaje się do spożycia. Chemii tutaj nie ma żadnej.
Wzrokowo jest czyściutka, ładnie w niej się odbija wszystko.
Miesiąc temu zapewne w tym miejscu jeszcze wypływała woda.
Zawsze gdzie jest okresowo lub była woda, to rosną drzewa. One sobie tam nawet szczątkową wilgoć znajdą. I potrafię "oszczedzać" do następnej rzeki.
Z góry kaniony wyglądają imponująco
Wchodzimy do kanionu.
Wewnątrz jest trochę chłodniej. Czasami jak przyjdzie woda, to z tego miejsca trzeba jak najszybciej uciekać. Czasami można nie zdarzyć. Nie jest to żart. Nawet przy najbardziej słonecznej pogodzie (deszczów w tym miejscu prawie nie ma nigdy). Ale wystarczy że 300-400 km stąd, nad wybrzeżem padał deszcz, tutaj będzie rzeka za kilka godzin. A w takim zwężeniu prąd zmyje każdego. Później woda wchodzi pod ziemie i wychodzi…. niewiadomo gdzie.
Kaniony najbardziej uroczo wyglądają na początku września. Po zimowych opadach. Tym razem byliśmy trochę za późno.
Niżej fotka z mojego poprzedniego wyjazdu. Analogiem, więc skanowane.
Tutaj jest trochę filmu. Może się Wam otworzy. (7 Mb)
http://www.formatfoto.pl/olymp/aussie1.wmv
_______________________ (automatyczne scalenie)_____________________
================
================
A cha. Tutaj jest jakaś mapa. Dla zobrazowania gdzie, co i jak :-)
Naprawdę Czerwony Ląd. Widzę nawet taras widokowy nad kanionem. I dzięki za mapę, lepiej dzięki niej widać skalę odległości.
Z dużą przyjemnością przeczytałem Twoją opowieść o Zachodniej Australii "od dechy do dechy". Mam nadzieję, że będziesz kontynuował swoją relację, która trafia wyjątkowo do mojej wyobraźni. Ja również uwielbiam podróże w miejsca odludne lub mało uczęszczane. Znajduję je w swojej okolicy, ale niestety ludzie "zostawiają po sobie pamiątki" i jest tego coraz więcej. Zazdroszczę Ci, że u Was jest inaczej. Po prostu inna kultura i inna świadomość ludzi. Dziękuję jeszcze raz za barwną opowieść i równie kolorowe zdjęcia. Z przyjemnością będę tu wracał.
Bajkowo ten wodospad wygląda. Piękne te miejsca, a za razem niebezpieczne.
czytam obydwa twoje watki i slina mi caly czas na biurko kapie (to z pragnienia oczywiscie) :) historie niesamowite nam tu opowiadasz i chwala ci za to. zdjecia oczywiscie jak najbardziej do pozazdroszczenia :) jednak chyba najbardziej podziwiam twoja chec powrotu w tamte okolice (najlepiej pewnie na stale) choc tak naprawde to bardziej zazdroszcze zdecydowania. niesamowite reportaze-wedlug mnie watek miesiaca co najmniej