Czekam z niecierpliwością na kolejną partię testu ;)
Wersja do druku
Czekam z niecierpliwością na kolejną partię testu ;)
Dzień 6.
Kontynuuję pieśń o boskim Olympusie, tym razem przy akompaniamencie magicznych filtrów artystycznych :D A właściwie tylko jednego filtra, bo w ogóle nie miałem zamiaru ich używać. Sprawdziłem tylko jak się je włącza i wybrałem jeden by sprawdzić, czy działa. Chyba wybrałem najbardziej znośny filtr, ten czarno-biały, chociaż jak na mój gust to z kontrastem i ziarnem trochę w nim przesadzili. Siostrze się jednak spodobał... Przynajmniej są jakieś fotki, które można umieścić miedzy akapitami, a przy okazji wypromować ich autorkę ;)
Nie testowałem stabilizacji, ale robiłem nocne zdjęcia z reki i mogę potwierdzić, że działa ona bardzo dobrze. Myślę, że ze 3 działki da się dzięki niej zyskać na czasie naświetlania, co okazało się nieocenione podczas fotografowania obiektywem ze światłem f/3,5-5,6. Nie zauważyłem żadnej różnicy w skuteczności w porównaniu do stabilizacji w obiektywie. Odróżniał je jedynie dźwięk, jaki towarzyszy pracy stabilizacji, która w E-M10 jest głośniejsza. Słyszalna jest jednak tylko wtedy, gdy wokół panuje cisza, a nawet wtedy szum słychać tylko z bliskiej odległości. W normalnych warunkach odgłosy otoczenia kompletnie ja zagłuszą, więc w praktyce nie ma to żadnego znaczenia. Na początku doznania akustyczna są trochę dziwne, ale szybko można się do nich przyzwyczaić. Jeśli to jedyna cena za to, że stabilizację obrazu można mieć z każdym podpiętym obiektywem, to nawet nie ma się nad czym zastanawiać. Szkoda tylko, że włącza się ją i wyłącza w podręcznym menu, a nie ma żadnego dedykowanego przycisku.
Większą frajdę sprawił mi jednak zupełnie inny gadżet, a mianowicie zdalne sterowanie przez Wi-Fi. Pamiętam, że parę lat temu gdzieś na forum pisałem rozmarzony, ze byłoby cudownie, gdyby w aparatach były odczepiane ekrany, za pomocą których można dyskretnie kadrować i wyzwalać migawkę. Jaki ja bylem wtedy głupi... Po co odczepiane? Przecież dzisiaj każdy nosi zapasowy ekran w kieszeni (w dodatku ma on funkcję dzwoniącego kalkulatora multimedialnego)! Pierwszy raz inżynierowie konstruujący aparaty mieli lepszy pomysł ode mnie ;) Działa to znakomicie, intuicyjnie, sposób parowania aparatu z telefonem za pomocą kodu QR jest dziecinnie prosty. Jest niewielkie opóźnienie w przekazywaniu obrazu (a może to po prostu niższa częstotliwość odświeżania - nie miałem ochoty w to wnikać), ale nie jest to w stanie zepsuć zabawy. Już wypróbowałem to na targowisku, wchodząc między ludzi, szparagi i pomidory, z aparatem wiszącym na szyi i jedynie odchylanym jedna ręką w razie potrzeby oraz ze smartfonem w drugiej ręce, udając, że piszę smsa. Nikt się nie połapał, nikt nawet nie spojrzał! Jeśli kupię kiedyś następny aparat (hehe, dobre... oczywiście, że kupię), to na pewno z Wi-Fi. Jak dla mnie to największy wynalazek w fotografii od czasu pojawienia się histogramu na żywo, serio.
A własnie, jeśli histogram na żywo, to i wizjer. Wszak jedna z największych zalet bezlusterkowców jest wyświetlanie go w EVF - ostatni gwoźdź do trumny prześwietlonych i niedoświetlonych zdjęć. A wizjer w E-M10 jest co najmniej przyzwoity, ale z drobnym "ale". Nigdy nie miałem parcia na ogromne wizjery, właściwie to wystarczyła mi nawet ta "dziurka od klucza" w Olku E-410, tyle że tam ciemnawo było. Moje niskie wymagania pod tym względem biorą się pewnie z tego, ze nie spędzam nie wiadomo ile czasu, gapiąc się w wizjer - ot, robię zdjęcie i tyle. Nie ma tam dla mnie nic interesującego, co sprawiłoby, abym chciał zaglądać do niego częściej, niż to jest konieczne. Nie przeszkadza mi więc zupełnie, że wizjer jest mniejszy (aczkolwiek daleki od dziurki od klucza) i ma niższą rozdzielczość, niż ten w Fuji (i w pozostałych OM-D również, o ile dobrze pamiętam). Odkryłem nawet, ze miło jest widzieć świat w formie obrazu wyświetlanego płynnie, a nie w postaci animacji poklatkowej. Podoba mi się też to, że muszla oczna jest cofnięta do tylu, przez co wygodniej się z niej korzysta. Kolory w wizjerze są trochę wyprane, a w gorszym oświetleniu robi się już prawie monochromatycznie, ale nie zmartwiło mnie to ani trochę. Niestety mam kilka innych uwag krytycznych trochę większego kalibru. Po pierwsze: wizjer jest jakiś taki narwany i nerwowo reaguje na zmiany ekspozycji, jest zbyt czuły na światła. Nie widać tego w dzień, na zewnątrz, ale w pomieszczeniach wystarczy, ze w kadrze znajdzie się okno, a cała reszta robi się wręcz kompletnie czarna. Widać to na filmiku poniżej, co prawda na ekranie, ale w wizjerze jest dokładnie to samo. Pewnie nie pisałbym o tym, gdybym nie miał do czynienia z innymi wizjerami i uznałbym wtedy, że tak ma po prostu być. No ale nie będę ukrywał, pod tym względem może być dużo lepiej. Po drugie: w standardowym trybie działania wizjer nie wykorzystuje w pełni potencjału, jaki daje elektronika i w niewystarczającym stopniu rozjaśnia obraz, gdy zaczyna brakować światła. Dochodzi często do sytuacji, że aparat potrafi złapać ostrość, a nawet nie widzimy na co ją złapał, bo wizjer pokazuje po prostu czarny (a raczej ciemnoszary) placek bez żadnych szczegółów. Sytuację poprawia opcja "Nocne kadry", okupiona jeszcze większą utratą kolorów. Po trzecie: "Nocne kadry" upośledzają działanie histogramu, uniemożliwiając dokładne naświetlanie "na światła". Histogram się nie zmienia, gdy kręcimy kółkiem, czyli tracimy podstawowa zaletę EVF. No w mordę jeża! Kto to wymyślił? Nazwisko! ;)
https://www.youtube.com/watch?v=QA-r2Kde9eg
Jeśli chodzi o "narwaność" wizjera, to sądzę, że raczej tutaj winę ponosi sposób pomiaru światła w Olku. Też to zauważyłam, ale myślałam, że to normalne i tak ma być ;)
Wizjer w E-M10 jest taki sam jak w E-M5, lepszy ma tylko E-M1.
Dzień 7.
Chcę jeszcze wrócić do obiektywu, który wcześniej testowałem na jpegach, bo zapomniałem włączyć rawy. Powtórzyłem więc test rozdzielczości, a rawy wywołałem w LR5 na standardowych ustawieniach. Nie szukajcie tutaj ciekawych fotek, będą same nudne cropy :) Ale zacznę może od krótkiego opisu...
M.Zuiko Digital 14-42 f/3,5-5,6 ED EZ - tak się to ustrojstwo nazywa. Rozszyfrowując tę nazwę można w skrócie przetłumaczyć ją na: typowy uniewersalny ciemnozoom kitowy ;) Chociaż może nie do końca taki typowy, bo pod względem rozmiarów w pozycji złożonej jest to w zasadzie naleśnik, jakieś 3-krotnie mniejszy od typowego zooma o podobnych parametrach (np. pierwszego Panasa 14-45 czy odpowiedników pod APS-C). Waga też jest iście piórkowa, mniejsza pewnie, niż waga moich wszystkich dekielków :) A dekielek też ma śmiesznie mały - taka plastikowa 5-złotówka. Po wysunięciu tubusa obiektyw nadal jest mniejszy, niż typowy obiektyw tego typu w pozycji złożonej. Generalnie w pozycji transportowej nadaje się on do noszenia w kieszeni kurtki z jakimś mniejszym korpusem, np. z PENem.
Pisałem już wcześniej o pierścieniu zoomowania, który tylko udaje pierścień z wyglądu, a w rzeczywistości jest dźwignią, którą poruszamy w jedną lub drugą stronę. Nie podoba mi się takie rozwiązanie, działa mało precyzyjnie, ciężko je wyczuć, jest dość powolne, reaguje z opóźnieniem. Daję sobie rękę uciąć, że w wielu kompaktach, w których także zoomuje się dźwignią, działa to lepiej. Oczywiście da się tego używać, do fotografii spacerowo-widoczkowo-rodzinnej wystarczy, ale żeby szybko jednym ruchem pierścienia przeskoczy z szerokiego końca na tele albo na odwrót lub precyzyjnie ustawić ogniskową w krótkim czasie, to się po prostu nie da. Osobiście wolę rozwiązanie ze starszego kita, tego rozkładanego ręcznie, nawet jeśli miałoby zwiększyć rozmiary obiektywu.
Jakość wykonania jest bardzo dobra. Mimo, że obiektyw wykonany jest z plastiku, to nie sprawia wrażenia tandetnego. Oczywiście uderzenie wysuniętym obiektywem mogłoby się dla niego źle skończyć, ale takich rzeczy raczej się unika nawet w przypadku metalowych obiektywów. Trzeba tylko uważać, aby do torby wkładać aparat wyłączony, a nie w stanie uśpienia, tak aby przypadkowe wciśnięcie guzika nie spowodowało wysunięcia się obiektywu. Bagnet jest oczywiście metalowy i ciasno "siedzi" na korpusie, zakłada się go i zdejmuje ze sporym oporem.
Dobra, a teraz jedziemy z koksem :)
Jak łatwo się domyślić, po lewej stronie są wycinki 1:1 z Olympusa, a po prawej z Fuji XF 18-55, jako że to jedyny zoom, który miałem do dyspozycji. Wykonane na szerokim kącie i pełnych dziurach.
Powyżej z kolei ogniskowa ~25 mm ekw., też na pełnej dziurze.
A tutaj maksymalna ogniskowa i minimalna przysłona.
Powiem tak: spodziewałem się, że będzie w miarę ostro w centrum kadru i mydlano w rogach na pełnej dziurze, a po przymknięciu w miarę ostro wszędzie. Częściowo miałem rację, bo w centrum jest dobrze jak na kita, a w rogach jest typowo, jak na kita (chociaż bywają kity lepsze i gorsze). Pomyliłem się tylko w tym, że po przymknięciu będzie lepiej. Na tych samplach akurat tego nie widać, ale lepiej wcale nie jest, a jeśli już, to zmiana jest niewielka. Problem też w tym, że obszar najlepszej ostrości w centrum jest bardzo mały i niedaleko poza fragmentem przedstawionym na cropach już się zaczyna psuć. W zasadzie większość zdjęcia to mydełko, które w jpegach Olek próbuje ratować potężnym wyostrzaniem. Po przymknięciu do f/8 wygląda to tak:
Tutaj widać, że dyfrakcja już zbiera swoje żniwo, ale do krajobrazów użyłbym takiej właśnie przysłony, chcąc zachować największą głębię ostrości. Spadek ostrości w przypadku Olka okazał się jednak jeszcze większy, niż na pełnej dziurze. Z drugiej strony jeśli na długim końcu jest f/5,6, to już nie ma z czego przymykać - 1 działka i już mamy f/8. Jeśli ktoś ma ochotę porównać lub sprawdzić sobie inne kombinacje ogniskowych i przysłon, to tutaj wrzuciłem pliki w pełnej rozdzielczości, od maksymalnego otworu do pełnych wartości wartości przysłony co 1 EV, na 3 różnych ogniskowych:
https://drive.google.com/folderview?...&usp=drive_web
Podsumowując nie będę ukrywał, że jestem rozczarowany. Chciałem wypożyczyć aparat z m.ZD 17 f/1,8, ale się nie dało - dostałem za to zooma. Okazał się on idealnym przykładem tego, jak nadmierna miniaturyzacja negatywnie wpływa zarówno na jakość, jak i funkcjonalność. Dam sobie rękę uciąć, że taki X-Z2 na pełnej dziurze rozłożyłby tego kita na łopatki, nawet pomimo matrycy o mniejszej rozdzielczości. Nie czyni to jednak tego obiektywu bezużytecznym, wszak parę lat temu taka jakość kitowców była na porządku dziennym i jakoś się nimi robiło zdjęcia. Jeśli ktoś używa głównie stałek, a zooma chce mieć tylko dla wygody do niezobowiązujących pstryków i nie chce przy tym, aby zajmował on miejsce w torbie (da się go upchnąć w boczną kieszonkę, albo nawet wcisnąć gdzie popadnie), to taki obiektyw może spełnić jego wymagania. Albo jeśli ktoś szuka możliwie małego aparatu, który chciałby nosić w kieszeni, do rejestrowania zdjęć które nie będą drukowane w większych formatach, a przy tym chciałby mieć możliwość używania czasami innych obiektywów lub poszerzenia szklarni w przyszłości, to też może być w pełni usatysfakcjonowany. W każdym innym przypadku ODRADZAM. Jeśli szukasz małego aparatu i nie zamierzasz zmieniać obiektywów, kup dobrego kompakta z w miarę dużą matrycą i jasnym szkłem. Z kolei jeśli nie masz parcia na wpychanie aparatu do kieszeni, a potrzebujesz bezlusterkowca ze standardowym zoomem, kup starszą wersję 14-42 bez EZ.
epicure
coś nie tak z testowanym przez Ciebie egzemplarzem 14-42EZ. Zobacz na 14mm f/3.5 - porównaj skrajną lewą i skrajną prawą stronę:
Załącznik 120522Załącznik 120521
Nie wiadomo, czy to z moim egzemplarzem coś nie tak, czy ze wszystkimi.
mam ten obiektyw i co prawda murków nie robiłem, ale mój egzemplarz wydaje mi się jednak sporo ostrzejszy od tego, który testowałeś. Wieczorem postaram się wrzucić porównanie mojego 14-42EZ i Panasonica 14-45.
To chętnie bym zobaczył, jak to wygląda w Twoim egzemplarzu. Wystarczyłby jakiś murek na szerokim kącie i pełnej dziurze.
Wrzuciłem porównanie 14-42EZ do Panasa 14-45 w osobnym wątku
https://forum.olympusclub.pl/threads...s.-Panas-14-45
Co do Twojego testu to faktycznie jest to chyba jeden z najlepiej przeprowadzonych testów jakie tutaj czytałem. Fajnie, że Ci się chciało, czekam na kolejne dni :)
Zanim przebrnę przez wszystkie cropy z testu iso, mała zagadka:
Załącznik 120652
Jakie iso? :)
Górne i dolne to cropy z tego samego zdjęcia, różnica jest między prawą a lewą stroną.
Olympus Iso 200 Fuji 800 :P
Pewnie też by trochę inaczej wyszło gdyby test zrobić np. z co najmniej 3 metrów od fotografowanej sceny.
Pozdr
A co by to zmieniło?
Dzień 8.
I przyszedł czas na "test" szumów. Każdy z nas pewnie oglądał tego typu porównania na portalach zajmujących się testowaniem aparatów. Z reguły wyglądają one tak: jest sobie jakaś scenka z butelek i kredek, dobre światło, dużo jasnych tonów i niewiele ciemnych, w miarę krótkie czasy ekspozycji. Są to warunki kompletnie oderwane od praktyki, bo zwykle wysokich czułości używa się tam, gdzie światła brakuje. Poza tym to właśnie w ciemnych tonach szum jest najbardziej wyraźny, a nie na białej etykiecie butelki po "tymbarku". A jeśli już warunki testu są odpowiednie, jak na dpreview, gdzie można przełączyć scenkę na słabe oświetlenie żarowe, to z kolei zdjęcia są odszumiane, nawet rawy (redaktorzy stwierdzili, że Adobe wie lepiej, jak powinny wyglądać zdjęcia, i nie wyłączyli standardowego odszumiania). Za każdym razem, gdy oglądam takie sample, myślę sobie, że sam zrobiłbym to lepiej... ;)
No i zrobiłem! Wylazłem w noc, znalazłem sobie wdzięczny obiekt oświetlony stałym, nie zmieniającym się światłem, postawiłem aparaty na statywie, wyłączyłem stabilizację, użyłem 2-sekundowego samowyzwalacza, żeby nic nie poruszyć, balans bieli ustawiłem na "żarówkę" i stosując te same parametry ekspozycji zrobiłem serię zdjęć, podnosząc czułość o 1 EV i o tyle samo skracając czas ekspozycji, a przysłonę pozostawiając bez zmian. "Te same parametry" należy potraktować jako "możliwie najbardziej zbliżone parametry", ponieważ Fuji stosuje trochę niestandardowe czasy, np. 8,5 s zamiast 8 s lub 4,3 s zamiast 4 s. Różnice te są jednak śladowe, można je pominąć. Rawy wywołałem w LR5, wyłączając odszumianie, ponieważ soft ten standardowo usuwa nieco kolorowego szumu. Skutkiem tego było wyższe zaszumienie sampli, ale ciemne kolory, jak np. liście drzew, odzyskały zieleń. Same zdjęcia to jednak nic w porównaniu do zabawy w wycinanki, która zakończyła się tak:
Tutaj link do pełnych kadrów: https://drive.google.com/folderview?...&usp=drive_web
Właściwie na tym mógłby poprzestać - każdy sam może sobie wyrobić własne zdanie na podstawie tego, co widać. Każdy też ma inną tolerancję na szum, w innej formie prezentuje zdjęcia, inaczej je obrabia. Nie będę więc podejmował się oceny, która czułość w E-M10 jest jeszcze użyteczna, a która już nie. Tym bardziej, że sam dla każdej z nich z pewnością znalazłbym zastosowanie. Skupię się więc na rzeczach obiektywnych i pozwolę sobie zauważyć fakt, że szum towarzyszy Olkowi już od najniższej czułości. Nie jest to spowodowane długim czasem naświetlania, bo i na zdjęciach robionych za dnia da się w powiększeniu zauważyć kaszę np. na niebie. Tyle tylko, że oglądanie powiększenia 1:1 na monitorze 21" to mniej więcej to samo, co oglądanie wydruku wielkości 1,3 x 1 m z odległości 50 cm. Jeśli więc ktokolwiek sądzi, że taki szum ma jakiekolwiek znaczenie w praktyce, to po prostu świruje bażanta. Znaczenie szumu zaznacza się dopiero na wyższych czułościach. Z tego, co widać, szum wzrasta w sposób przewidywalny i jednostajny wraz ze wzrostem iso, do czasu napotkania wartości 6400, gdzie następuje już bardziej wyraźne załamanie jakości i tutaj zapanowanie nad nim może już być problematyczne. Osobiście trzymałbym się iso 3200 tak długo, jak to tylko możliwe, a iso 6400 pozostawił tylko na najbardziej ekstremalne sytuacje. Różnica w poziomie szumów w porównaniu do APS-C jest taka, jakiej należało się spodziewać, czyli ok. 1 EV. Obrazuje to poniższe zestawienie:
Dziś należałoby jednak postawić pytanie nie "jaka jest różnica między X a Y?", tylko "czy X lub Y spełnia moje wymagania". Kiedy parę lat temu kupiłem sobie pierwszą lustrzankę, podobne testy robiłem dla iso 800, bo na tej czułości wszystko się rozgrywało. Wszystko, co przekraczało ten próg, było w zasadzie bezużyteczne, przynajmniej nie do dalszej obróbki w kolorze. Marzyłem o użytecznym (dla mnie, dla konkretnego sposobu obróbki) iso 1600, które pojawiło się jako pierwsze w zasadzie dopiero w Nikonie D90. Teraz zaś porównujemy sobie iso 3200 i 6400, zastanawiając się, czy szum pojawi się już na A4, czy może dopiero na A3. I mowa tu o szumie, który w fotografii analogowej towarzyszył filmom o czułości... nie wiem... iso 400?
Dla mnie to, co oferuje E-M10 w kwestii szumu, jest w zupełności wystarczające. Istniejące różnice dałoby się nadrobić jaśniejszymi szkłami. Gdyby jeszcze tylko ktoś zechciał je produkować i sprzedawać za cenę, którą zaakceptowałby przeciętny biały człowiek z Europy klasy B ;)
"Świruje bażanta" - no lepszego testu nie czytałem :) Ech poprawiłeś mi humor.
Rawy są tutaj:
https://drive.google.com/folderview?...&usp=drive_web
To takie moje 0,03 PLN.
1) Moim zdaniem trochę te zdjęcia się różnią co do naświetlenia. (przynajmniej w RAWach).
Fuji lepiej kompresuje dynamikę, i żeby osiągnąć z Olka to co miałem z Fuji potrzebowałem trochę suwaczkami ruszyć.
2) Dorzuciłem trochę odszumiania chromy, bo wydaje się, że demozaikowanie w Fujim ma mocne właściwości odszumiające.
Wyniki:
Po lewej Oly, po prawej Fuji.
ISO 200
Załącznik 120986Załącznik 120980
ISO400
Załącznik 120987Załącznik 120981
ISO800
Załącznik 120988Załącznik 120982
ISO1600
Załącznik 120989Załącznik 120983
!SO3200
Załącznik 120990Załącznik 120984
ISO6400
Załącznik 120991Załącznik 120985
Zgadzam się z wnioskiem:
Różnica około 1EV.
A czym wywoływałeś?
Może podobny numer jak w kompaktach Fuji - matryca EXR z nietypowym (ukośnym) ułożeniem pikseli?
Dokładnie, w tym przypadku chodzi o nietypowy układ filtrów RGGB.
Dzień 9.
Tym razem mniej pisania, a więcej zdjęć. Na początek porównanie kitowego obiektywu na pełnej dziurze pod kątem tego, jaką GO można osiągnąć na krótkim i długim końcu:
14 mm
42 mm
Jakieś tam rozmycie tła jest, na największej ogniskowej portret w plenerze da się zrobić, ale rezultaty nie są spektakularne, mówiąc eufemistycznie. Tego jednak należało się spodziewać, nie powinno to być dla nikogo niespodzianką. Zestawienie zrobiłem właściwie tylko z kronikarskiego obowiązku, niż faktycznej ciekawości, bo raczej nie jest to obiektyw, którego chciałbym używać tam, gdzie potrzebna jest mała GO. Ale jeśli ktoś go ma i używa, to przynajmniej będzie wiedział, jakie są jego możliwości, o ile sam się o nich do tej pory jeszcze nie przekonał.
Poniżej kilka przypadkowych kadrów, zrobionych bez ciśnienia, że coś trzeba przetestować. Chyba trochę zbyt ambitnie podszedłem do tematu, bo za dużo robiłem zdjęć testowych, a za mało używałem aparatu do robienia zdjęć, jakie sam robiłbym dla przyjemności. Żałuję, bo okazało się, że czasu na takie zdjęcia zostało niewiele, a szukanie pod presją jakichś ciekawych tematów okazało się trudne. Wyszło więc, co wyszło :) Niestety nie miałem do dyspozycji swoich presetów w LR ani filtrów Google Nik, z których korzystam na co dzień - nie mogłem zainstalować LR5 na swoim komputerze, bo już kiedyś korzystałem na nim z triala, więc w ruch poszedł komputer służbowy, a już nie chciało mi się kombinować z przenoszeniem plików z jednego komputera na drugi. Cały proces obróbki ograniczał się jedynie do pracy na wyczucie suwakami w LR.
I tak dla zabawy porównanie, dlaczego warto grzebać w rawach :)
jpeg
raw
jpeg
raw
jpeg
raw
Przykłady może są nieco przejaskrawione, ale pokazują, że się da i rawy z E-M10 na takie rzeczy pozwalają.
Środkowa seria z ostatniego postu taka "Twoja". Fajnych kilka motywów.
Uffff... Już się bałem, że do końca testu same cropy i szumy będą :-P. Całe szczęście robiłeś też zdjęcia ;) Farby i okna spodobały się najbardziej.
Pozdr
Tu znowu potwierdziło się, że Lightroom "nie lubi" .orf z E-M10 (drugi przykład - purpurowa "plama" nad dachem kościoła). Ciekawe, że toleruje w takich przypadkach .orf z E-M5. No, ale to trochę nie na temat.
Za test i włożoną pracę plus się należy co niniejszym uczyniłem.
E-m10 jest nowszy, pewnie dopiero nowa wersja LR go lepiej "łyknie". CS5 w ogóle nie wczytuje orfów z EM-10.
Ta plama to akurat blik od latarni, która znajdowała się poza kadrem.
Lightroom 5.4 "łyka" .orf z E-M10. Nowa wersja to może być 6.0, a to już trzeba będzie doplacic za aktualizację. Tak nawiasem mówiąc .orf z E-M1 też jest OK w LR przy wyciąganiu cieni.
Dlatego dałem w cudzysłów słowo plama. Podejrzewam, ze rozjaśniając tego RAW-a w OV3 nie przybierze ona (ten blik) purpurowego koloru.