To są właśnie uogólnienia, o których pisałem, czyli półprawdy.
Wersja do druku
Te wszystkie parametry zależą od percepcji widza. Są tacy, którzy potrafią powiedzieć, że fotografia osoby, która uśmiecha się do nas z pierwszego planu, która jest zupełnie nieostra i płasko oświetlona, jest dobrym zdjęciem i nadaje się na portal społecznościowy. Spróbuj im powiedzieć, że to zdjęcie jest do bani, wiedząc, że to oni je zrobili ;).
A w temacie mam takie zdanie.
Owszem świat perfekcyjnych technicznie zdjęć byłby nudny, bo perfekcyjnie w ujęciu rzemiosła byłyby nudne do oglądania dla widza, który oczekuje od nich przede wszystkim opowieści, emocji, zapisu zdarzeń takimi jakimi chcielibyśmy je zapamiętać.
Są różne zastosowania fotografii. Ta dokumentująca zjawiska czy też nastawiona na wierne odwzorowanie obrazu przedmiotów nie znosi niedoskonałości rejestracji. Obraz ma być przejrzysty, bez artefaktów, które budzą wątpliwości co do rzeczywistości przedmiotu rejestracji, procesów zarejestrowanych okiem niedoskonałej kamery czy niedoskonałego materiału światłoczułego.
Jest też fotografia, poruszająca się w tematach, które nie wymagają tak ścisłego przestrzegania jakości, która może sobie pozwolić na niedoskonałość. Bo zwykle ta fotografia jest uprawiana w niekontrolowanych warunkach. Bez szpaleru świateł studyjnych, idealnego tła w jednolitej tonacji, itd. Niedoskonałość obrazu czasami dodaje tej fotografii dodatkowego smaczku. Niedoskonałość jest środkiem do budowania nastroju w obrazie. Nie zachęcam oczywiście by zacząć używać od tej chwili szumów, prześwietleń, czy płytkiej głębi do każdego zdjęcia. Można szybko osunąć się w tandetę nie rozumiejąc tego jak potrafią przekazu obrazu. Te efekty czy też techniki, trzeba ćwiczyć, zapoznać się z nimi, nauczyć się ich doboru w taki sposób by nie zwracać uwagi widza ich nadmiarem w obrazie, ale by wspomagały one obraz decydując o tym czy widz odgadnie intencje autora.
Myślę, że o to chodzi w fotografii, by na codzień odkrywać nowe środki przekazu. Uczyć się wykorzystania ich w codziennym, nawet "se fotografowaniu albumowym". Doskonałość narzędzia rejestrującego też jest ważna, choć wydaje mi się, że obecna technika oferuje już tak dużo, że zwykły śmiertelnik gubi się w zalewie możliwości. Te możliwości ma, ale nie ma wiedzy i doświadczenia by je wykorzystać. Nasza, amatorów, uwaga skupiła się zanadto na narzędziu miast na pracy, którą dzięki niemu możemy wykonać. Zamiast cieszyć się hobby i chwalić się dokonaniami czy opowieściami zatopionymi w fotografiach popadamy w marazm, wręcz niezadowolenie z narzędzia, zupełnie zapominając o hobby, które miało przynosić radość". A radość z hobby to jak mniemam cel jego uprawiania.
Wiem, że ten tekst jest napompowany "filozofią". Starałem się jak najkrócej i jak najprościej przekazać swoje zdanie w tym temacie.
Na koniec nie bójcie się "szumieć", czasami trzeba ;).
Zwróć uwagę, że w dyskusji o tym, który aparat jak szumi ludzie narzekają, że widzą obrobione zdjęcie, w wymiarach takich, aby mieściło się na stronie, a nie "nieobrobione w powiększeniu 100%". Pytanie po prostu brzmi kto jest odbiorcą zdjęcia, jesli ktoś ogląda zdjecia w Internecie, a przy tym 2 megapiksele (2048x1024) to dla niego zbyt mało, to albo ma ogromny monitor albo ogląda je po kawałku w powiększeniu.
To może pytanie z innej beczki, ale na podobny (zaraz napiszę jaki) temat - kto ostatnio, w szeroko pojętym celu artystyczno-estetycznym, dodał szumu do swojego zdjęcia? Z przykładem poproszę.
http://www.maxmodels.pl/index.php?t=...foto&u=4279627
http://www.maxmodels.pl/index.php?t=...foto&u=4279621
Nie wiem czy na tym kolorowym widac dobrze szum, ale zdjecie bylo duzo czystsze w oryginale (oba w ISO 100 w jasny dzien).
Trochę to nie ma związku z moją wypowiedzią.
Rozważamy, czy szum jako taki może zdjęcie zepsuć biorąc pod uwagę prezentację na tym samym medium lub rozmawiamy o tym, czy różny sposób prezentacji zdjęcia (monitor, papier, rozmiar) z szumem wpływa na korzystny lub nie odbiór.
Czy w którymś przypadku nie jest ujęte zdjęcie?
darkelf, świetne przykłady.
Może ktoś jeszcze, zanim przejdę do sedna?
W książce o cyfrowej fotografii czarno białej jest opisane kiedy szum może pomóc zdjeciu i kiedy warto go dodać - pamiętam głównie to, że gdy mamy na zdjęciu jednolity jasny fragment to dodanie szumu spowoduje, że nie będzie on tak raził i widzowi może się wydawać, że dostrzega tam jakieś szczególy -> odbiór będzie lepszy.
Powiem tak, podoba mi się podejście diabolika do kwestii szumu. Kochani - byłem na wystawie naszego kolegi z forum, który tutaj ani jednego zdjęcia nie wstawił. Uprawia dość specyficzną fotografię - makro grzybków i to takich, których w życiu nie widzieliście i pewnie nie zobaczycie, bo ani się ich nie je, ani za bardzo bez "lupy" ich nie widać. Wydruki były rzędu 100X70, robione Olkiem E-300, lub E-330 i powiem Wam szczerze, że takich doznań estetycznych i zachwycenia się wydrukiem w tym formacie dawno nie przeżyłem. Naprawdę kwestię szumu odłóżmy do szuflady i nie siedźmy przy monitorach z lupą, na wydrukach szczególnie wielkoformatowych i oglądanych z należnego im miejsca naprawdę nie widać różnic między systemami.
Ja dodaje szum w postprocesie bo wtedy widzę ile go chce sam dodać, a nie jak mi matryczka zaszumi.
Otóż to.
Ktoś wczesniej pisał o "świadomym wykorzystaniu szumu". Jest mi bardzo trudno wyobrazić sobie to świadome wykorzystanie na etapie fotografowania (nie postrocessingu) - choć nie twierdzę, że jest to niemożliwe, być może przykład diabolika o tym świadczy. Podczas fotografowania każdy stara się bowiem w miarę możliwości minimalizować ten efekt. Skoro więc go unikamy, może jest on jednak w 99 przypadkach na 100 efektem negatywnym, a nie neutralnym?
Inną sprawą jest oczywiście to na ile ma on wpływ na estetykę fotografii (o tym diabolik chyba wypisuje...)
Szum dodany samodzielnie mozesz kontrolowac, nie jest narzucony.
Teoretycznie podobnie jest z kadrowaniem - mozesz po zrobieniu zdjecia wykadrowac sobie fragment i poprawic kompozycje. Ale jesli sie da lepiej skomponowac zdjęcie od razu poprawnie, bo po wycięciu tracimy trochę na jakości. W przypadku szumu nie warto dodawać go od razu, bo nic na tym nie zyskamy, a stracimy możliwość łatwego pozbycia się go ze zdjęcia.
Dobra, wszystko to prawda, ale gubimy się w jednej kwestii. To co dla innych będzie gniotem, dla kogoś może być dziełem sztuki. Beznadziejna wystawa, będzie innych zachwycać. Trudno obiektywnie wnioskować czy szum na fotografii jest negatywnym zjawiskiem czy pozytywnym. To zależy od 2 spraw, IMHO, 1 - co chce i jak chce to odebrać widz, 2 - co my chcemy przedstawić.
Ja mam większość zdjęć w swoim portfolio (w dziale ludzie) z dodanym szumem na kompie. Kilka setek fot. Nigdy mi się nie zdarzyło podbić ISO w cyfrówce po to, żeby uzyskać szum. To bez sensu, skoro mogę to zrobić w post procesie. A podbicie ISO np. zmniejsza pojemność tonalną. Ale jeśli aparat mi zaszumi to nie robię z tego tragedii. Właściwie nigdy nie miałem aparatu, który mało szumi. Mój D200 szumi jak cholera, niewiele mniej niż np. Olek E-500. Nie spędza mi to snu z powiek.
Za to wiele razy świadomie założyłem do kliszaka wysokoczyły film właśnie po to, żeby ładnie "zaszumiał". W analogowych czasach był fajny sposób na wołanie HLki (400 ASA), naświetlonej na 1600 ASA w rozcieńczonym i podgrzanym wywoływaczu. Podnosił się mocno kontrast i wyłaziło przepiękne ziarno.
Kontrola, planowanie... problem w tym, że to nie zawsze jest klucz do sukcesu i nie zawsze o to chodzi. Nie zdziwiłbym się, gdyby poleganie na zaszumieniu matrycy, a nie dodawanie szumu w post-processingu miało związek z, jak to słusznie napisał diabolique, onirycznym charakterem zdjęć Sikory.
PS. Widzę, że moje pytanie pozostało bez odpowiedzi ;)
az wstyd - zadna,ale sie wybieram na ta - http://www.swiatobrazu.pl/wystawy-fo...ico-20899.html
Camille Silvy: Photographer of Modern Life, 1834 - 1910
National Portrait Gallery
2 St Martin’s Place , Londyn
15 lipca – 24 października 2010
Analogowe ziarno w większości uzyskiwane było świadomie już w momencie załadowania wysokoczułego filmu do aparatu. Efekty były jednak bardziej przewidywalne niż przy manewrowaniu wysokim iso w cyfrze.
Z tym większym spokojem podchodzę do owych zdjęć T. Sikory - jeśli nad tym panuje i osiąga zamierzone efekty - na zdrowie!
A że się niektórym nie podoba - cóż w tym złego :)
Nie zawsze analogowe ziarno uzyskiwano świadomie. Przy wysokoczułych filmach fotograf był skazany na ziarno, to było coś oczywistego więc nikt specjalnie nie marudził. Ale producenci filmów dążyli do jak najmniejszego ziarna, walczyli z tym traktując jako coś niepożądanego.
Jak już wyżej napisali inni, zdjęcia ogląda się z pewnej odległości, z której ziarna po prostu nie widać.
Ziarno było jednym ze środków wyrazu tak jak i teraz. Mówię o tym, że efekty są bardziej przewidywalne w fotografii analogowej niż przy zastosowaniu wysokiego iso w cyfrze.
Pewnie i kiedyś było sporo ziarnofobów ;)