Też mnie tam gonił (w GKazimierz), powiedziałem mu grzecznie, że już się pojawił więc premii nie straci, ale teraz może iść z powrotem, bo oboje dobrze wiemy, że mogę sobie pstrykać ile mi się podoba.
No i sobie poszedł. Innym razem, w GKrakowskiej jeden taki pytał do czego mi są te zdjęcia. Odpowiedziałem mu, że do oglądania. On, że w jakim charakterze. Ja, że w charakterze oddziaływania na zmysł wzroku. Filozof amator w końcu poległ.
Kiedyś robiłem tam sesję, z mamą, tatą, dzieckiem i wózkiem, taką, co nie można za dużo powtarzać, bo dziecko krótko wytrzymuje na sesjach. Domyślając się, że zaraz przylecą jak muchy do kupy i nam się młody model rozeźli, robiłem ujęcia ''na ruch oporu'' czyli tak, żeby się nie rzucać w oczy i do ostatniej chwili trzymając sprzęt na dystans. Sesja się udała, nikt nie przyleciał, a zdjęcia siedzą w katalogachNota bene, polecam w ten sposób, jest dużo sprawniej niż załatwiając oficjalne pozwolenia, gdzie jakiś umysłowy kurdupel ma swoje pięć minut władzy, które koniecznie chce rozciągać w trzy godziny. Kilka takich sesji mam, łącznie z dość dobrym detalem Ołtarza Wita Stwosza do jakichś książek z geografii polski, robione ''na bezczelnego'', z podparcia z ławki (nawet nie ze statywu). W kilka sekund jednak pojawił się ''anioł stóż'' żądając kwot znacznie wyższych od tej, za którą zdjęcie miało być sprzedane, ale mógł mnie najwyżej wyrzucić.
Uprzedzając - bardzo mi się nie podoba tamtejsza polityka ssania ''na dobra narodowe'', po serii ekscesów z zagranicznymi turystami na szczęście nieco obecnie łagodniejsza.