Kolejna fajna wrzutka :)
---------- Post dodany o 16:48 ---------- Poprzedni post był o 16:47 ----------
Hehe... gadka szmatka i nagle jest się "hej Boss" :)
Wersja do druku
Takie marketingowe zabiegi językowe czasem prowadzą do zabawnych sytuacji - szczególnie, gdy ktoś chce się popisać znajomością języków. kilkanaście lat temu wybraliśmy się do Tunezji - na wycieczkę zorganizowana przez biuro podróży (na indywidualny wyjazd odwagi nie starczyło). Jednym z punktów był dwudniowy wyjazd samochodami terenowymi na pustynię. Po każdym postoju tunezyjski przewodnik zaganiał nas do samochodu okrzykami 'Polska rura!' Nic zatem dziwnego, ze podczas kolacji został zapytany czy wie, co po polsku znaczy rura. Wymienił natychmiast aż trzy znaczenia (staram się możliwie dokładnie zacytować):
'- rura - madam,
- rura - wasser,
- and rura for very schnell!'
A co do samych zdjęć - gratuluję świetnego reportażu z piekarni.
Tak, i mam nadzieję że dane mi będzie jeszcze nie raz tam jechać. Cóż, to niby niewielki kraj ale bardzo ciekawy. Jakoś zafascynował mnie i chciałbym go poznać. Nauczyć się go. Zrozumieć trochę. Jedna czy dwie wizyty nie załatwiają sprawy. Przecież na liście miejsc do odwiedzenia jest ciągle David Garedża, Wąwóz Martwili, Jaskinie Sataplia, czy portowe miasto Poti - podobno rozwijające się szybciej niż Batumi. Przejeżdżając z Telawi do Tbilisi widziałem po drodze kilka interesujących warowni. A przecież są jeszcze jeszcze góry które ledwo tylko liznąłem - od dość dobrze rozreklamowanej i "ucywilizowanej" Swanetii, poprzez Chewsuretię do praktycznie dzikiej Tuszetii. Myślę że Gruzja jest wstanie mi wiele wrażeń jeszcze dostarczyć.
Nie oznacza to jednak że zamykam się na inne kierunki podróży. W ubiegłym roku, w ramach poszukiwań tanich biletów na Kaukaz, trafiłem na atrakcyjne cenowo bilety do Neapolu, Ziemi Świętej i Paryża. Zresztą, chcąc poznać Gruzję (czy jakikolwiek inny kraj) warto poszerzać horyzonty i wyrabiać sobie bazę do porównań.
Ot taki przykład. Czurczchele
368.
Załącznik 138535
Zwane są gruzińskimi snickersami i pewnie przez większość "tygodniowych gruzińskich turystów" utożsamiane wyłącznie z tym krajem. A przecież to przysmak znany i w Armenii i w Turcji i w pewnie jeszcze w kilku innych krajach z tamtego regionu.
gulasz - Z tą gościnnością to jest różnie bo różni są ludzie. Jedni otwarci i serdeczni a drudzy raczej nieufni czy nawet niechętni. Często ta niechęć ma uzasadnione podstawy. Czasami mam wrażenie że w wielu turystach nie ma pokory i traktują tubylców z góry zwłaszcza gdy kierunkiem podróży jest kraj uboższy. Jakieś takie kompensowanie kompleksów - w kieszeni parę dolarów albo euro ale to zawsze dolary czy euro a nie lari, drachmy czy ruble. I jakieś takie postawy - Przyjechałem do was to powinniście się cieszyć, chlebem i solą widać, bo przecież mogłem pojechać gdzieś indziej i gdzieś indziej moje kochane pieniążki wydawać, ale przyjechałem do was a wy niewdzięcznicy jak się zachowujecie... " I dalej takie traktowanie mieszkańców odwiedzanych krajów jak mieszkańców skansenu i parku rozrywki zarazem. A przecież tam mieszkają normalni ludzie, prowadzą normalne życie, mają swoje, całkiem normalne problemy... I czasem chcą mieć po prostu trochę świętego spokoju.
Owszem, kilka lat temu pewnie było inaczej. Turystów z tak dalekiego kraju jak Polska było niewielu więc budzili zainteresowanie. Myślę, że nieraz drzwi się przed nimi otwierały i w gościnę byli zapraszani nie z powodu życzliwości i gościnności która jest całkiem spora u Gruzinów ale ze zwykłej ciekawości "obcego". Czy w Polsce, zwłaszcza w latach 80tych i wcześniej, tak nie było? Tyle że Polska z racji położenia geograficznego szybko się na Świat otwarła i turyści spowszednieli a nawet czasem zbrzydli jak owi niesławni angielscy turyści którzy do Krakowa przyjeżdżali tylko po to by się upić i porozrabiać. Gruzja zaś kiedyś odcięta od Świata sowieckim reżimem, potem niestabilnością czasów Gamsachurdii i Szewardnadze dopiero od kilku lat szerzej stała się dostępna.
I na koniec taka anegdotka - z Gruzji, ale raczej o nas niż o Gruzinach.
W końcówce lat 90tych pracowałem w firmie kooperującej z firmami z Niemiec i kilkukrotnie towarzyszyłem gościom z Niemiec w trakcie podróży po Polsce. Co mnie zaskoczyło, to to że gdy Niemiec słyszał gdzieś restauracji czy hotelu niemiecki język to zazwyczaj szedł się przywitać, porozmawiać, czasami nawet przenosił się do stolika krajana albo zapraszał go do swojego... Jakoś nie zaobserwowałem podobnego zjawiska wśród nas Polaków a wręcz przeciwnie, często widzę raczej jakąś skłonność do unikania rodaków...
W listopadzie 2013 posilałem się w jakieś dosyć pustawej restauracji w Kutasi, gdy nagle do środka weszła grupa młodych ludzi mówiących po polsku. Było po sezonie, polskiego języka w zasadzie od trzech dni nie słyszałem to pomyślałem że podejdę się przywitać etc. Owszem ze dwa czy trzy zdania zamieniliśmy ale dosyć szybko wróciłem do swojego stolika bo czułem się jak intruz albo co najmniej dziwak no bo jakże tak - obcych ludzi zaczepiać.
A przecież chełpimy się ową słynną "staropolską gościnnością". Czyż nie?
ja jak w Madrycie czy Zagrzebiu spotkałam Polaków to miło to wspominam - nie to żebym miała z nimi kontakt do dzisiaj
ale ogólnie pogadaliśmy, posmialiśmy, oni zdradzili nam kilka fajnych miejscówek itp...
ot wszystko od tego na kogo sie trafi zależy ;)
życie :)
dokładnie, dlatego nie ma co generalizować bo można się pomylić. Także w temacie przyjaźni polsko-gruzińskiej. Są przykłady że i faktycznie takie coś występuje a są i przykłady wręcz przeciwne. Sporo dobrego zrobił swego czasu prezydent Kaczyński ale czas szybko leci... a pan Komorowski, tudzież obecny czy poprzedni rząd stosunki z Gruzją traktuje bardzo marginalnie.
Nie, nie chodzi mi o politykę, ale o system zachęt dla biznesu, tworzenie płaszczyzn wymiany kulturalnej. Taki przykład - niedawno widziałem zapowiedź w jednym z kin studyjnych wieczoru z filmem gruzińskim. Filmy powstały w kooperacji a partnerami były Czechy, Węgry, Francja, Niemcy i chyba Słowacja. Dlaczego polska kinematografia nie jest zainteresowana kontaktami z Gruzją? na pewno niejedną fabułę dałoby się nakręcić, a widzowie też pewnie chętnie by zobaczyli gruzińskie plenery i klimaty na dużym ekranie.
Tak jak Annę i Marcina Mellerów, tak Ciebie zafascynowała Gruzja :)
Z 1971 roku praktycznie nie mam - zrobiłem troche czarno-białych, ale miałem wtedy 15 lat i moje umiejetnosci fotograficzne były bliskie zeru a i zainteresowania też nieco inne niż dorosłego człowieka. W efekcie ani pod względem doboru tematyki ani technicznym (robione Smieną z ekspozycją dobieraną 'na oko') nie przedstawiały jakiejś wartości i do obecnych czasów chyba nic się z nich nie uchowało. Z 1980 roku mam kilka rolek sklajdów i cos by sie dało wybrać (również z robionych po drodze - jechałem tam samochodem przez całą Ukrainę). Wciąż sobie obiecuję, że poskanuję i pokażę, ale zawsze jest coś pilniejszego do zrobienia...
No to jutro będzie więcej zdjęć z "sexschopa" :-)
368 - mnie skojarzyło się to ze świeczkami... :grin:
Na to z czym kojarzą się komu czurczchele wpływu nie mam :) jak widać skojarzenia mogą być przeróżne gdy kształty są podłużne. Skoro więc w poprzednim wpisie ten temat został poruszony to wypada go dokończyć.
Pokazując turystom czurczchele najczęściej tłumaczy się że są to nanizane na nitkę orzechy oblane zakrzepniętym sokiem z winogron. To nie do końca prawda, bo żeby ów sok skrzepnął, gotuje się go z dodatkiem mąki, czasem cukru. I tu jest pies pogrzebany. Jak gospodyni robi czurczchele dla swoich dzieci, to dodaje niewiele mąki ale długo gotuje i wielokrotnie powtarza proces powlekania orzechów winogronową masą i suszenia. Jak się zaś robi na handel, to żeby było szybciej, dodaje więcej mąki i z soku powstaje coś w rodzaju kisielu. Próbowałem Czurczcheli kilkukrotnie i wrażenia mam mieszane ale wielkiego zachwytu raczej nie pamiętam.
Inna rzecz, że nas Europejczyków nieco odstrasza mało higieniczny sposób wystawiania i sprzedawania tego smakołyku. Wiszą często w słońcu, wprost na ulicy. Albo na straganach na bazarach gdzie pełno ludzi i much. Nie wiadomo jakie są stare (dobrze przechowywane "domowe" potrafią wytrzymać rok). O tym, że sprzedawcy wcale się nie przejmują podając tymi samymi rękoma jedzenie i przyjmując pieniądze chyba pisać nie trzeba. Tego się jeszcze nie nauczyli :( za to bardzo szybko nauczyli się zwrotu "georgian snickers". Nie wiem kto i kiedy go wylansował. Smak przecież zupełnie nie ten. Ale się przyjęło i gdy sprzedawca wypatrzy turystę to z daleka tym właśnie okrzykiem zachęca do degustacji i zakupów (ceny ok 1 - 2 Lari)
369. Bazar w Kutaisi
Załącznik 138854
370.
Załącznik 138855
371.
Załącznik 138856
372.
Załącznik 138857
373. Sklepik z chaczapuri i innymi wypiekami - też Kutaisi - okolice bazaru
Załącznik 138858
(CDN)
To jest klimat..
Dziś niedziela więc wypadałoby kolejny odcinek gruzińskiej opowieści zamieścić. Ale godzina zrobiła się już późna, więc zapraszam tylko do oglądnięcia kilku zdjęć z Gruzji, które wykonałem w ramach testowania E-PL7. Za tydzień postaram się nadrobić zaległości
Ja czekam na Twoją zimową Gruzję :) A to tak aby Cie zachęcić :grin::
https://fbcdn-sphotos-h-a.akamaihd.n...20713863_o.jpg
najlepiej jechać drogą transkaukazką :shock:
https://fbcdn-sphotos-a-a.akamaihd.n...d4f610ae5da89c
zdjęcia w miarę aktualne - dla tych co zimy szukają Gruzja jak znalazł :grin:
Jak zwykle ciekawie. Nie wiem czy skusiłbym się na tego "Snickersa":)
Chyba Cię rozczaruję :( bo chociaż otaczające Tbilisi góry pokryte były śniegiem, to stricte zimowych zdjęć nie mam wiele. Powody są proste. Po pierwsze, z pewnych względów wycieczka musiała być nieforsowna. Po drugie - zima jest ładna i malownicza gdy śnieg już leży i gdy złapie trochę mrozu. Ale wtedy gdy ów śnieg dopiero sypie, to robienie zdjęć nie ma większego sensu bo i tak nic nie widać. A gdy do tego sprzęt nie jest przewidziany na takie ekstremalne warunki to zabawa robi się nieciekawa. Owszem, nie mogłem nie spróbować zrobić zdjęcia w zasypanym Signagi czy przy świętym źródełku w Bodbe, ale to w zasadzie wszystko.
Do tego trzeba pamiętać, że podróżowanie po Gruzji to nie przejazd autostradą z Krakowa do Katowic. Drogi nie zawsze są dobrze utrzymane. Mieliśmy plan podjechać do Dawid Garedży. Zrezygnowaliśmy. Spotkany w Bodbe kierowca opowiadał że próbował tam dojechać z turystami autem 4x4 i nie dał rady. ot, takie drogi.
374.
Załącznik 139533
375.
Załącznik 139532
376.
Załącznik 139534
cdn.
Szpital na wzgórzu?
oj nie wiem :) aż tak Gruzji nie znam :)
---------- Post dodany o 15:45 ---------- Poprzedni post był o 15:41 ----------
Jest taki pomysł by kiedyś wybrać się na narty do Gudauri czy Mestii. Z tym drugim miejscem może i łatwiej bo mam tam już jakieś kontakty. Ale to jeszcze nie w tym roku.
Ech, chciałoby się takie Omalo zimą zobaczyć... ale potęga natury silniejsza i ludzka pycha może szybko w głupotę się zamienić.
Na początku muszę się do czegoś przyznać. Ze mnie (cztery gwiazdki) a nie gruzinofil. Bo jakbym faktycznie kochał i znał Gruzję to bym wiedział, że Kachetia, czyli wschód kraju, jest bardziej śnieżna i mroźna niżnp. Imeretia leżaca bardziej na zachód. Ale obiecałem kiedyś P.T. Forumowiczom opowieść o gruzińskim winie. Więc by zrobić stoswną dokumentację fotograficzną, wybrałm się do Kachetii bo to region z wina słynący. Rozumowanie moje było proste - europejskie. Skoro rośnie wino, to musi być klimat ciepły i przyjemny. A jak było, pisałem w poprzednio.
Drugi raz pokpiłem sprawę, ten błąd wszakże udało się naprawić, że szukałem winnych historii w Kachetii a w Tbilisi, w Skansenie - Muzeum, nie dość że jest pięknie to wszystko pokazane, to jeszcze jest bardzo miła pani przewodniczka która wszystko chętnie po angielsku albo rosyjsku opowie. Ba... parę słów nawet w naszym języku zna!
Ale wracajmy do Kachetii. Gruzja, a Kachetia w szczególności, rości sobie prawa do miejsca gdzie wino się narodziło i gdzie człowiek po raz pierwszy winorośl zaczął uprawiać.
Potwierdzają to badania. Mówi się że w genach wszystkich winorośli rosnących na wiecie można znaleźć ślady pierwotnych odmian gruzińskich. A jest ich multum. Nie chcę podawać konkretnej liczby by nie pokłamać ale mówi się o kilkuset. Oczywiście, nie wszystkie się uprawia. Rolnicy współcześnie uprawiają tylko kilkanaście odmian dających albo największe plony albo najlepsze grona. Jak się P.T. Czytelnik pewnie domyśla, obie te cechy nie idą ze sobą w parze.
A co z gatunkami mniej popularnymi? O ich zachowanie dba między innymi klasztor Alaverdi prowadząc uprawę kulturową.
377.
Załącznik 139981
We wspomnianym skansenie w Tbilisi znajduje się między innymi przydomowa winiarnia zwana w Gruzji Marani. Je głównym wyposażeniem jest koryto do wygniatania soku z gron. Robić to mogą tylko mężczyźni, oczywiście nogami. Koryto robione jest zazwyczaj z jednego pnia lipy.
378.
Załącznik 139990
Wino, moszcz (bo tu się tego nie cedzi ani nie filtruje) ścieka do wkopanych w ziemie glinianych dzbanów zwanych kvevri. W Kachetii, gdzie jak wspomniałem klimat ostrzejszy, dzbany są elementem Marani.
379.
Załącznik 139987
W innych regionach, tam gdzie jest cieplej, dzbany są wkopywane w ziemię na podwórku. Tu zdjęcie z Gelatii - zadaszenie tylko po to by obiekty odkrywki archeologicznej nie zostały uszkodzone. Trzeba uważać gdy się człowiek włóczy koło starych klasztorów, bo czasami można wpaść w jakiś zapomniany dzban :)
380.
Załącznik 139982
Wino fermentuje w dzbanach, po stosownym czasie jest przelewane do kolejnego by dojrzewało a osad się strącał, i potem do kolejnego... Najlepsze wino powinno być z ostatniego kvevri.
Wino gruzińskie smakuje specyficznie. Dojrzewanie w glinianych dzbanach nadaje mu ziemisty i ciężki posmak. Nie każdy go polubi. Zdarza się też niestety, że wino się po prostu psuje. Gliniane naczynia trudno jest doczyścić. A kto robił wino wie jak ważna jest czystość i jak łatwo wino zakazić. Do czyszczenia tradycyjnie używało się szczotek zrobionych z arkuszy kory brzozowej lub czereśniowej. Dzbany mniejsze czyściło się szczotkami na patyku, do dzbanów większych mógł wejść człowiek czyszcząc podobnymi narzędziami tylko trzymanymi bezpośrednio w rękach.
381.
Załącznik 139991
Przy okazji warto wspomnieć o słynnej cza-czy - pozostałość po wydeptywaniu moszczu na wino pozostawia się by sfermentowała, potem się wyciska w prasie i z tego pędzi się bimber przypominający włoską grappe.
382.
Załącznik 139992
A co z dzbanami które już się wysłużyły lub uszkodziły? Jak mówił mi Mamuka - nie wypada ich po prostu potłuc i wyrzucić. Wszak rodziły wino. Znosi się je pod klasztory czy kościoły i układa pod murami.
383. (Upliscyche)
Załącznik 139983
I jeszcze jedna ciekawostka regionalna - winorośl pnie się nie tylko (tak jak to znamy w Europie) po przygotowanych drutach. Często pnie się po specjalnie sadzonych w tym celu drzewach tak jak na obrazie u Pirosmaniego. Wiklinowe kosze do zbioru owoców mają wtedy bardziej osełkowaty kształt by łatwiej przechodziły przez gałęzie.
384.
Załącznik 139988
Powyższy sposób robienia wina to tradycyjny sposób gruziński. Ale tak jak wspomniałem nie każdemu takie wino zasmakuje. Duże, przemysłowe winnice robią też wino w sposób europejski w stalowych kadziach i drewnianych beczkach. Choć technologia europejska, to jednak dużo smaku Gruzji wyczuć w nim można - wszak królują lokalne szczepy winorośli.
W Kvarelli można zwiedzać ciekawy obiekt - tunel (Mamuka twierdzi że 8mio kilometrowy, w internecie znalazłem informację że 4 razy krótszy) wydrążony pod górą. Kiedyś to był sowiecki schron wojskowy. Po upadku systemu został zamieniony na magazyny i dojrzewalnie wina. Kilkadziesiąt początkowych metrów z dwóch korytarzy można zwiedzać. Jest tam mała ekspozycja i miejsce do degustacji. Na górze jest spora restauracja, której wszakże nie zobaczyłem gdyż trwała tam impreza zamknięta.
W necie można spotkać opinie że nie warto tam jechać, ale ja tam nie żałuję :) choć wina tam akurat nie degustowałem.
385.
Załącznik 139986
386.
Załącznik 139985
387.
Załącznik 139984
CDN jak zwykle :)
Tyle napisałeś się o tym winie a ja się pytam - GDZIE FOTY Z WIZYTY W IZBIE WYTRZEŹWIEŃ? ;) :D. Co do dzbanów to chyba w Gruzji odkopano najstarszy miód na świecie, który był w dzbanie. Kiedy ze swojej skrystalizowanej formy wrócił do płynnej nadawał się do spożycia a liczył bodajże 4 czy 5 tysięcy lat :). Miód to z tego co pamiętam jest jednym z trzech produktów spożywczych, które przechowywane w normalnych warunkach nie psują się :)
oj CzaRmaX - pierwszy kontakt z gruzińskim winem był ostrożny, przy drugim ostrożności zabrakło.... cóż z własnego doświadczenia radzę się pilnować, bo tam tradycyjnie nie pije się małymi lampkami tylko szklankami, albo z rogów, które tę przypadłość mają że trzeba całość wypić na raz bo odstawić nie ma jak.
A zdjęć z wytrzeźwiałki nie mam, łaskawie w chwili słabości towarzystwo pozwoliło mi dojść do siebie w hotelu.
Ten wątek to juz niezły przewodnik po Gruzji. Dobre teksty, ciekawe opowieści odprawione fajnymi zdjęciami. Lubię tu zaglądać.
A mi jest miło gdy zaglądacie :-)
Zaglądam-oglądam, czytam :grin: , podoba się.
Ja również zaglądam regularnie - bo zarówno zdjęcia jak i opowieści ciekawe.
Przypowiesc o winie bardzo interesujaca..Na Zdrowie..
Dziękuje za miłe słowa. Staram się :-) czasem wychodzi lepiej, czasem gorzej, ale tak długo jak będziecie zaglądac, będę się starał coś ciekawego napisać.
Tak sobie teraz pomyślalem - gdy zaczynałem ten wątek, zakładałem że będzie miał nie więcej niź 20 setów. Jeśli się nie pomyliłem, to wczorajszy był 40stą wrzutką.
I zdjęcia i wino i klasztory i pomniki. A także dużo, dużo wiadomości. No i jeszcze nauka zdjęć i HDR-ów. Cóż chcieć więcej ? O :shock: - o piwie nie było :mrgreen:
No i chcący / niechcący salvadhor ustawił nam temat kolejnej opowieści w której odważnie podejmiemy próbę konfrontacji prymitywizmu fotograficznego piszącego niniejsze słowa z prymitywizmem doskonałym czyli twórczością Niko Pirosmaniego.
Bo skoro pogoda pod psem, śnieg, zimno i deszcz to trzeba się schronić pod dach i na przykład jakieś fajne obrazki pooglądać. Przyjemność niedroga. Cena urzędowa 3 Lari.
388.
Załącznik 140390
A Pirosmaniego trzeba zobaczyć bo o Pirosmanim mówili że to Wielki Prymityw. I choć w to trudno uwierzyć, to ma to być komplement. Za życia nie za dobrze mu się wiodło... ale malarze mają powszechnie tą przypadłość że muszą umrzeć by zyskać sławę. Obrazy Pirosmaniego to po śmierci podobno nawet w Paryżu pokazywane były, a to już nie byle co.
Dwa większe zbiory prac artysty można oglądać w Tbilisi (Państwowe Muzeum Sztuk Pięknych) lub w Sighnagi. W tym drugim widza wita obraz innego wielkiego gruzińskiego malarza - Lado Gudiaszwilego:
389. "śmierć Pirosmaniego"
Załącznik 140389
I już mamy ustawioną narrację i już wiadomo co salvadhor miał na myśli. Niko za kołnierz nie wylewał. No ale który artysta...
...widzicie że nie radzę sobie z pisaniem o sztuce? że to prymitywnie mi wychodzi? Miałem ambitny plan by pisząc o Pirosmanim posłużyć się cytatami z Kapuścińskiego. Na przykład takimi:
"Nika fascynują kulinaria. Co będzie do jedzenia, czym się człowiek opcha. (..) Niko pokaże co chciałby zjeść i czego nie będzie jadł ani dzisiaj, ani może nigdy." (cyt. "Imperium")
390.
Załącznik 140391
391.
Załącznik 140392
392.
Załącznik 140393
393. (chyba najsłynniejszy z biesiadnych)
Załącznik 140394
Ale sprowadzanie Pirosmaniego tylko do kulinariów i alkoholowym zwidów byłoby chyba zbyt krzywdzące dla artysty. Przecież on interesował się też wielkimi sprawami. Sprawami odległymi o tysiące kilometrów od jego maleńkiej, okupowanej przez Rosję Gruzji. Pirosmani był w pełni świadom że artysta ma prawo wypowiadać się na najtrudniejsze nawet tematy.
394. Wojna Rosyjsko - Japońska
Załącznik 140395
No dobra, zacząłem Was wkręcać i chyba przegiąłem. Trzeba iść spać :)
Dobranoc i do zobaczenia za tydzień.
Fajny odcinek :) . Gość był mocny, teraz już wiem dlaczego nazywali Go "prymitywem"... :)
Ktoś, kto zaczyna przygodę z poznawaniem Gruzji może zadać pytanie: Dlaczego Gruzini mają takiego bzika na punkcie Pirosmaniego. Przecież patrząc w sposób daleko bardziej krytyczny, ktoś kto widział kilka muzeów z obrazkami w Polsce, podrapie się po głowie i powie "ejże, Nikifor, owszem spoko, ale to nie jest pierwsza liga, bo jakby nie patrzeć to daleko mu do Gierymskich, Kossaków czy Wyspiańskich". A gruzinofilów jakaś niepojęta pasja odnośnie Pirosmaniego ogarnęła. O co chodzi?
Ano, rzecz ma podłoże historyczne. Złote czasy Gruzji to średniowiecze i to takie głębokie. Rozwija się wówczas pięknie sztuka, ale tylko ta sakralna - ikony, freski... A potem przychodzi nawałnica z Turcji, z Iranu, z Mongolii, znowu z Iranu, i znowu z Turcji i na koniec z Rosji... Jak w takich warunkach mogła się sztuka rozwijać? Odcięta od europejskich, włoskich czy holenderskich wpływów? Ano rozwijała się sztuka sakralna, ale i jej nie było łatwo - wszak muzułmanie nękający gruzińskie ziemie walczyli z wizerunkami ludzi (część starych ikon została uszkodzona na tle religijnym) a resztę zniszczenia dopełnili sowieci... Do dzisiejszych czasów przetrwał zaledwie ułamek dorobku gruzińskiej kultury.
Malarstwo sakralne zresztą się ma i tak dobrze w porównaniu do malarstwa świeckiego. Próżno w Gruzji szukać ichniejszych da Vincich, Rubensów czy van Dajków... Po prostu nie ma. No i w tym niebycie pojawia się Pirosmani. Oryginał, prymitywista, szkół specjalnych nie pokończył to może nie wiedział że obrazków o tematyce świeckiej malować nie wypada? I chcący nie chcący przetarł ślady malarzom dwudziestowiecznym...
Poniżej kilka obrazków z Tbiliskiej Galerii.
395. Lado Gudiaszwili - Pegaz 1918
Załącznik 140705
396. Zhango Medzmariaszwili - Dozorczyni (Sprzątająca dziewczyna) 1958
Załącznik 140706
397. Aleksander Bandzeladze - Pogranicznik 1973
Załącznik 140707
398. Dimitri Eristavi - Telefony 1984
Załącznik 140708
CDN