I wszystko sie zgadza.
---------- Post dodany o 22:08 ---------- Poprzedni post był o 22:06 ----------
A kiedy beda toasty....?
Wersja do druku
Ech... z dużym sentymentem poczytałem. Mi się do Tbilisi udało pojechać samochodem - Fiatem 126p. A było to w 1980 roku... Wracałem właśnie Gruzińską Drogą Wojenną - zresztą szybę mi na niej potłukli (kamyczek wielkosci sporej bułki wyskoczyl spod koła przejeżdżajacej obok Wołgi) Moze kiedyś uda mi się slajdy poskanować i też relację zrobić - ciekawie byłoby porównać Gruzję sprzed trzydziestu kilku lat z dzisiejszą.
Musze ten watek przejrzec od pierwszego postu...:-)
Może kiedyś się uda - ale prędko to nie nastapi - mam dość dużo różnych planów i zanim się za skanowanie wezmę mnóstwo wody w Wiśle upłynie. A wątek jest dla mnie bardzo ciekawy również dlatego, ze wiele z tych miejsc czytając i oglądając zdjecia sobie przypominam - niektóre się prawie nie zmieniły przez te lata.
Proszę wsiadać nic nie gadać, a właściwie gadać, lub precyzyjniej komentować, bo ruszamy dalej naszą exclusive brytyjską Hondą z niedomagającym „gaziorem”. Ananuri jeszcze przez chwile żegna nas przez tylną szybę, aby po chwili całkowicie zniknąć. Kierowca co jakiś czas do nas przemawia swoim zachrypniętym i przepitym… tzn. zmęczonym głosem pokazując to na prawo, to na lewo niczym wytrawny przewodnik i pilot wycieczek turystycznych. Jakby mu tu powiedzieć, że za cholerę nic z tego, co do nas mówi nie rozumiemy i bynajmniej nie dlatego, że my nie panimaju pa ruski ale, że po prostu nowomowa bełkotliwa to coś, na czym się nie znamy. Co w takich sytuacjach działa najlepiej? Potwierdzające skinienie głowy. Kierowca „blablablabla” a my głową, że tak, że oczywiście i że ma rację, no to on kontynuuje i dodaje, że „blablablabla”, a my ponownie nie zaprzeczamy. I tak sobie podróżujemy. A kto tą głową najbardziej się musi namachać? Oczywiście ja, bo zachłannie wpakowałem się na przednie siedzenie, no to mam za swoje. Oliwy do ognia dodaje jeszcze fakt, że na trasie od czasu do czasu pojawiają się całe stada owiec, kóz, baranów, krów i wszystkiego, co zmieściło się niegdyś na arce. Tata z tyłu poklepuje po ramieniu wciskając mi w dłoń kamerę, no bo jak bez takiego ujęcia do Polski film z Gruzji przywieźć, w drugiej ręce aparat, prawdziwa praca na dwa etaty. Ale chcąc nie chcąc mamy i sekwencję video i zdjęcie. Kierowca widząc to uśmiecha się i komentuje „blablabla”. Wiecie co mu odpowiedziałem? ..
Serpentynami wjeżdżamy coraz wyżej. Widoki mimo coraz bardziej pogarszającej się pogody zapierają dech w piersiach. Potęga Kaukazu jest przytłaczająco niesamowita. Jesteśmy otoczeni górami, na których Bóg kiedyś rozwinął zielone dywany i zostawił aby tacy jak my mogli tu przyjechać, pozachwycać się trochę i uwierzyć w cuda. Od czasu do czasu przez chmury przebija się nieśmiało słońce wlewające w nas trochę nadziei na lepsze zdjęcia i na to, że może chociaż w nich odrobinę uda się pokazać to piękno. Daremnie, bo tu trzeba wybrać się samemu.
https://forum.olympusclub.pl/attachm...8&d=1408406257
Stragan z ręcznymi wyborami przy jednym z tarasów widokowych
Zatrzymujemy się w miejscu, gdzie z wysuniętych tarasów można podziwiać znakomite widoki. Na parkingu starsze panie witają nas zachęcając tym samym do zakupu własnoręcznie wykonanych wyrobów odzieżowych. Wybór jest niemały. Dziesiątki czapek, trepków, kolorowych chust.
https://forum.olympusclub.pl/attachm...7&d=1408406254Jeden z tarasów widokowych na GDW
Są ludzie, którzy zbierają znaczki, monety, pocztówki, a mój tata jeśli ma okazje, to z różnych podróży przywozi sobie swoje zdjęcie w typowej dla danego regionu czapce.
https://forum.olympusclub.pl/attachm...0&d=1408406270
Człowiek Kaukazu (zdjęcie z aparatu taty Samsung EX-1)
Zanim dochodzimy do tarasów widokowych Rosjanie już z nich wracają. Jak oni to robią? Ich migawki muszą działać w tempie 30 zdjęć na sekundę, wyższa russkiy tekhnologii a nie jakieś tam Olympusy małe. Po wykonaniu kilku zdjęć z lekko przebijającym się słońcem ruszamy dalej. Na górskich szczytach wciąż zalega śnieg, który lekko skrzy się pod wpływem przebijającego się przez chmury słońca.
Mijamy Pasanauri i wjeżdżamy do największego w Gruzji ośrodka narciarskiego – Gudauri, które lezy na wysokości 2196m n.p.m. To radzieckiej myśli sportowo – rekreacyjnej Gruzini mogą zawdzięczać to, że z małej, niczym nie wyróżniającej się jeszcze na początku lat 80-tych wioski powstało duże centrum sporów zimowych. Wyjeżdżając z Gudauri wjeżdżamy na najwyżej położony odcinek Drogi Wojennej. Jedziemy ostro w górę. Tak wysoko chyba jeszcze nigdy nie byliśmy a na pewno nie samochodem. STOP.
Nie można przejechać GDW nie zatrzymując się przy platformie widokowej na kanion Aragwi. Owalna konstrukcja z surrealistycznymi malowidłami oraz arkadami to nie byle co. To wielki pomnik przyjaźni gruzińsko-radzieckiej. A człowiek całe lata myślał, że to tylko nam prezentowano takie perełki jak Pałac Kultury. Nic bardziej mylnego. Swoją drogą, można się śmiać, mieć mieszane uczucia, ale jakby na to nie patrzeć jest coś, co chcąc nie chcąc przeszło do historii, jest charakterystyczne dla tego miejsca, widziane z daleka. Pstryk, pstryk, jednak warto pokazać.
Rosyjska para wychodzi z auta i tu po raz pierwszy wykazuje głębsze zainteresowanie. Oglądają dokładnie malowidła, dusząc kartę w aparacie ciężarem przybywających zdjęć. Zdecydowanie im się podoba, jakby właśnie na to czekali. Tata lekko skrzywiony, bo u licha jaka przyjaźń gruzińsko – radziecka. Wracając do samochodu zatrzymuje się przy nas kamrat ze wschodu i z pełną powagą w głosie przypomina, że przecież jest też pomnik przyjaźni polsko – radzieckiej. No tak.. to pojedźmy już lepiej do tego Stepancminda..
CDN.