PDA

Zobacz pełną wersję : O ilości zdjęć i takie tam...



Janko Muzykant
11.01.12, 19:38
Ciąg dalszy testów... nadal aku wystarcza na zrobienie 200-300 zdjęć. To zdecydowanie za mało na fotki bez lampy
Robisz tym śluby? :)
Ogranicz nieco wciskanie spustu, utoniesz w zdjęciach.

mateuss
13.01.12, 17:03
Nie - ale 250 zdjęć z dwóch dni łażenia po Londynie to nie jest chyba dużo...

Janko Muzykant
13.01.12, 17:44
Nie - ale 250 zdjęć z dwóch dni łażenia po Londynie to nie jest chyba dużo...
No, ja mam 52 i 44 z dwóch tygodniowych wyjazdów :)
Ale nie ma tu żadnego obowiązującego prawa. Czysty praktycyzm - proporcjonalnie do ilości spada jakość, bo nie jest się w stanie dobrze skadrować, a potem obrobić setek zdjęć, choćby ze samego zmęczenia. A nawet po latach fajniej ogląda mi się zdjęcia technicznie i kompozycyjnie poprawne.
A właśnie ostatnio z tygodniowego wyskoku na skalistą wyspę przywiozłem ponad setkę i mimo sporego tempa obróbki dość mnie męczy ślęczenie nad taką ilością. Jednak żal wyrzucać.

epicure
13.01.12, 18:25
Setek zdjęć nie robi się po to, żeby je wszystkie obrabiać. Obrabia się tylko część wyselekcjonowanych. Reszta to odpad, jak wióry w warsztacie stolarza. Gdyby stolarz miał nieograniczoną ilość drewna, za które nie musiałby płacić, to też by je rżnął z fantazją, a nie ostrożnie i oszczędnie, zgodnie z rachunkiem ekonomicznym :) Zdjęcie, jakie zapisywane jest na kartę pamięci aparatu to i tak tylko surowiec, z którego dopiero później powstaje fotografia. Nie ma znaczenia, ile tego surowca zużyjemy dla uzyskania efektu końcowego, tym bardziej, że nie niesie to żadnych negatywnych skutków. A że wciśnięcie spustu migawki nic nie kosztuje, to można sobie pozwolić... Jedni wykorzystają to w sposób kreatywny, a inni do produkowania tysięcy bezwartościowych zdjęć.

Ale 50 zdjęć z tygodniowego wyjazdu? Jestem zwolennikiem robienia mniejszej ilości zdjęć, ale za to przemyślanych. Jednak to już dla mnie przejaw fotograficznej ascezy, której naśladowanie nie ma żadnego sensownego uzasadnienia. Oczywiście można, jeśli ktoś lubi, ale w żadnym wypadku nie próbowałbym nikogo przekonywać, że to jedynie słuszna metoda.

fret
13.01.12, 18:49
Geniusz nam się trafił, każde pstryknięcie warte obróbki... Niestety, historia fotografii nie zna takich cudów :(

Janko Muzykant
13.01.12, 18:51
Setek zdjęć nie robi się po to, żeby je wszystkie obrabiać. Obrabia się tylko część wyselekcjonowanych. Reszta to odpad, jak wióry w warsztacie stolarza. Gdyby stolarz miał nieograniczoną ilość drewna, za które nie musiałby płacić, to też by je rżnął z fantazją, a nie ostrożnie i oszczędnie, zgodnie z rachunkiem ekonomicznym :)
Błąd w założeniach. Taki stolarz zamiast pracować wciąż wynosiłby wióry z warsztatu.

Preferuję zasadę ''lenia'' - w życiu jak najmniej się narobić. Dotyczy to problemu zarządzania ilością. Jesteśmy pokoleniem nadmiaru, począwszy od opakowań (i trzeba ze śmietnikiem częściej wychodzić), przez np. zdjęcia, które się pstryka bez opamiętania, skończywszy na ilości np. kanałów w tv, które - stając się ofiarą ilości właśnie - w większości robione są po łebkach i byle jak.

Ale 50 zdjęć z tygodniowego wyjazdu? Jestem zwolennikiem robienia mniejszej ilości zdjęć, ale za to przemyślanych. Jednak to już dla mnie przejaw fotograficznej ascezy, której naśladowanie nie ma żadnego sensownego uzasadnienia. Oczywiście można, jeśli ktoś lubi, ale w żadnym wypadku nie próbowałbym nikogo przekonywać, że to jedynie słuszna metoda.
To nie jedyna słuszna metoda, to wynik praktyki. Chcę mieć mniej więcej pięćdziesiąt zdjęć, szukam pięćdziesięciu okazji by je zrobić. Oczywiście czasem zrobi się więcej, bo nie jesteśmy w stanie przewidzieć dziś, czy jutro nie zdarzy się coś ciekawszego. Chodzi o ideę, a nie konkretny ilostan. Sortowanie też kosztuje.


Geniusz nam się trafił, każde pstryknięcie warte obróbki... Niestety, historia fotografii nie zna takich cudów :(
Musisz być chyba bardzo młody. Otóż z analogowej kliszy każde zdjęcie się ''obrabiało'', jeśli tylko zlecało się tę czynność zakładom fotograficznym :)

Mając współczesny aparat klasy XZ1 jestem w stanie naświetlić sto na sto zdjęć (typowych wycieczkowych) poprawnie technicznie. Pozostaje złapanie kadru, a tu - im mniej, tym łatwiej. Żadne cuda.

PS. Właśnie obrabiam zdjęcia z wczorajszej sesji reklamowej. Cały dzień pracy, 62 ujęcia. 62 pstryknięcia, 62 rawy, z tego 59 zdjęć (trzy ujęcia stworzyły panoramę ze względu na wymóg rozdzielczości - zdjęcie idzie na billboard). Cud? :)

fret
13.01.12, 19:02
...
Mając współczesny aparat klasy XZ1 jestem w stanie naświetlić sto na sto zdjęć (typowych wycieczkowych) poprawnie technicznie. Pozostaje złapanie kadru, a tu - im mniej, tym łatwiej. Żadne cuda.

PS. Właśnie obrabiam zdjęcia z wczorajszej sesji reklamowej. Cały dzień pracy, 62 ujęcia. 62 pstryknięcia, 62 rawy, z tego 59 zdjęć (trzy ujęcia stworzyły panoramę ze względu na wymóg rozdzielczości - zdjęcie idzie na billboard). Cud? :)

To raczej kwestia małych wymagań.

Janko Muzykant
13.01.12, 19:10
To raczej kwestia małych wymagań.
Cieszę się, że widziałeś te zdjęcia i wiesz jakie spełniają wymagania, zwłaszcza, że jeszcze większość ich nie istnieje :)

A teraz zeszycik i sto razy przepisujemy zdanie: ''Są tacy, którzy potrafią od razu zrobić poprawne zdjęcie - kiedyś ja tak też będę umiał.'' :)
Nie musisz już przepisywać drugiego zdania, które brzmi: ''Zrobić od razu dobre zdjęcie jest łatwiej niż nauczyć się na gitarze stairway to heaven'' :)

Rafał Czarny
13.01.12, 19:36
''Zrobić od razu dobre zdjęcie jest łatwiej niż nauczyć się na gitarze stairway to heaven'' :)

Podpisuję się pod tym zdaniem ręcyma i nogyma. Już kiedyś o tym rozmawialiśmy - opanowanie tzw. warsztatu fotograficznego (mam na myśli technikalia) to żaden problem. Średnio zdolna małpa jest to w stanie przyswoić w dość krótkim czasie. To oczywiście nie znaczy, że ktoś w krótkim czasie nauczy się robić dobre zdjęcia. Technika to za mało.

Jestem w stanie przekazać całą moją wiedzę techniczną (nie mam prawdę mówiąc tej wiedzy zbyt dużo, wiem tyle ile potrzebuję do robienia zdjęć) w miarę rozgarniętemu człowiekowi w tydzień. I ten ktoś jeśli będzie miał genialny pomysł jest w stanie stworzyć genialne zdjęcie po tygodniu nauki. Żaden muzyk nie stworzy, ani nie odtworzy działa po tygodniu nauki gry na instrumencie. Żaden malarz, żaden rzeźbiarz itd.

fret
13.01.12, 19:41
... ''Są tacy, którzy potrafią od razu zrobić poprawne zdjęcie - kiedyś ja tak też będę umiał.'' ...

I chyba o to chodzi, że są tacy, którym do szczęścia wystarczy poprawność. Z tym nie polemizuję.

Janko Muzykant
13.01.12, 19:45
I chyba o to chodzi, że są tacy, którym do szczęścia wystarczy poprawność. Z tym nie polemizuję.
Jeszcze raz zapytam - widziałeś zdjęcia, o których wspomniałem, żeby tak od razu je oceniać? Te konkretnie wymienione sześćdziesiąt dwie sztuki, które spełniały najpierw małe wymagania, a teraz już są poprawne.
Nie czyń założeń tam, gdzie Cię nie ma - taka stara prawda filozoficzno - fizyczna.

dobas
13.01.12, 23:06
quality not quantity !

jeśli damy małpie aparat i ona zrobi milion zdjęć - sądzę że wśród miliona znajdzie się kilka dobrych i inspirujących fotografii.
osobny temat to kto przejrzy i przebierze ten milion.
więc jednym z kierunków jest ciupnięcie masy zdjęć i wybranie tego dobrego co sie trafiło

Jeśli nie chcemy być małpą fotografującą wszystko co się rusza i strzelającą na oślep to robimy zdjęć mało ale za to przemyślane - do tego potrzebna nam jest umiejętność robienia zdjęć i idziemy w stronę quality not quantity ( powtarzam to często bo się nauczyłem trzech nowych słów po angielsku - w zasadzie dwóch bo not już znałem ;) )

Oczywiście należy wypośrodkować bo robiąc zdjęcia gdzieś z założeniem przehandlowania tych zdjęć czy opublikowania - zaraz okaże się że to samo zdjęcie chcę mieć w pionie, w poziomie, albo skadrowane tak, żeby na rozkładówce szycie nie wyszło tam gdzie nie trzeba i tu już okazuje się że te kilkanaście - kilkadziesiąt zdjęć pomnożyć należy przez minimum 3

Albo robisz zdjęcia w Nepalu i mimo iż nie koniecznie masz ochotę sfotografować pierożki momo - to robisz te zdjęcia bo może napiszesz artykuł o nepalskim jedzeniu a może wydawca poprosie Cię o taką fotografię

Jak eksperymentujesz z nowymi ustawieniami czy nowymi efektami to znów tak jak pisał Epicure zamiast się cackać można próbować - zdjęcia rozmemłane na 1/10 s czy rozmemłane na 1/8 s a może jednak 1/6 a może inny ruch aparatu itp itd...

więc znów trzeba znaleźć coś dla siebie Sam jestem zwolennikiem starej szkoły. Wytargać Linhofa w góry poczekać na wschód zrobić kilka zdjęć i wrócić zadowolonym do domu. Niestey widzę po sobie że mam dni kiedy robię 200 ujęć bo nie mam pojęcia jak ułoży mi się fala morska na kamieniu na długim czasie...

zmierzam do tego że bardziej doceniam świadome roienie setek zdjęć od trzepania przypadkowo i na oślep

Myślę, że ktoś kto robiąc zlecenie za kasę może sobie pozwolić na zrobienie tylko dwóch rolekk filmu
a) zrobi to dobrze
b) jest pewien swych umiejętności
c) wie czego potrzebuje i czy o osiągnął.

trudno jest podczas zlecenia włożyć aparat po kilkudziesięciu fotach do torby i powiedzieć - skończyłem bo jak człowiek mało pewny to woli siedzieć do końca w myśl zasady ( będzie tysiąc zdjęć - coś się wybierze )

a tak dla siebie samego - nie wyobrażam sobie srobić 200 zdjęć w mieście - ale ani nie jestem street fotografersem, ani miast nie lubie ani budynków ;)

piozet
13.01.12, 23:59
quality not quantity !

"Bracia" za Buga mieli inną teorię ;-) (a foty w "СССР на стройке" nie są złe ;-) )

Tadeusz Jankowski
14.01.12, 14:24
Podzielam zadanie Rafała Czarnego, chociaż nie w 100 %, bo daję tolerancje dla różnych fotografów na ilość fotek w 1 sesji.

Moim zdaniem strzały na zawołanie w dziesiątkę udają się tylko snajperom i na westernach, reszta ma pewien właściwy dla siebie procent trafień.

Byli i są geniusze artyści, którzy siadają do stołu i piszą od ręki utwór bez skazy (Mozart), lecz bywali geniusze, którzy nanosili mnóstwo poprawek na rękopis i zawsze byli niezadowoleni (Beethoven).

Osobiście przyznam, że chciałbym być Mozartem, czy Beethovenem, a ponieważ daleko mi do nich, więc szukam swojej szansy w wielu próbach szanując przy tym aparat.

Wydaje mi się, że są dziedziny, jak fotografia studyjna, w których koncepcja fotki jest przygotowywana w dużej mierze bez aparatu, a fotograf ino przyciska w danym ujęciu kilka, czy kilkanaście razy spust. Podobnie jest w fotografii technicznej, gdzie obowiązują ścisłe reguły przygotowania przedmiotu, oświetlenia oraz typowe lub nietypowe, a pokazujące jakiś szczegół ujęcia.

Z innej beczki – kinematografia. Niedawno czytałem wspomnienia Stuhra o kręceniu filmu we Włoszech o JP2. Twierdził on, że duble tam się tłucze niemożliwie mnogo, a on był troszkę zaskoczony, ponieważ był przyzwyczajony do polskich warunków, gdzie szanuje się taśmę.

Wracając do mojego zdania i mojej praktyki. Jeśli mam okazję w jakimś mieście pofotografować, to wykonuję co najmniej 150 fotek różnych obiektów, w tym tych samych pod różnym różnym kątem patrzenia, przy różnej ogniskowej, różnym sztafażu, itd. Zajmuje mi to minimum 2 – 3 godziny. Czyli 50-80 fotek na godzinę.
Jeśli fotografuję przedmioty nieruchome w zbliżeniach, to jakieś 15 – 20 fotek na przedmiot (różne światło, różne kąty widzenia, różne szerokości kadrów, itd.

Z tego wynika, ze zdaję się częściowo na umiejętności fotograficzne (w 50 %) oraz w 50 % na traf – jak przy strzelaniu do tarczy.

Przyjąłem taką metodę biorąc pod uwagę znany fotograficzny problem – nie zrobisz takiego samego zdjęcia temu samemu obiektowi jutro, czy pojutrze, jakie zrobiłeś wczoraj.
Bo słońce nie tam gdzie trzeba, a jeśli słońce na swoim miejscu, to chmury przeszkadzają, to za dużo błękitu na niebie, to za mało błękitu, to zbyt pochmurno, to za mała mżawka, to za rzadka mgła, to drzewa mają inne liście, to wiatr, to ludzie w kadrze, to jakoś dzisiaj mi nic nie wychodzi, bo oczy zmęczone, bo spojrzenie jakieś takie przyprószone, itd.

Chwila, w której przychodzi dobre zdjęcie, to jest coś ulotnego, jakaś unikalna koincydencja, coś się zbiega, zaiskrza i gaśnie, nie da się jej zapamiętać, przechować i dokładnie odtworzyć.

Dlatego wykonuję w czasie sesji 50 - 80 , a nawet więcej zdjęć na godzinę. Z tego dla mojego oka jest 3 – 4 sztuki uzysku, a nieraz zero. Na ogół pozostawiam w archiwum okolo20 – 30 % zdjęć.

Pzdr, TJ

epicure
14.01.12, 14:58
Błąd w założeniach. Taki stolarz zamiast pracować wciąż wynosiłby wióry z warsztatu.

Preferuję zasadę ''lenia'' - w życiu jak najmniej się narobić. Dotyczy to problemu zarządzania ilością.

Ta filozofia jest mi bardzo bliska. Pewnie robiłbym dużo mniej zdjęć, gdyby ich duża* ilość faktycznie była dla mnie uciążliwa. Ale te fotograficzne wióry można wyrzucić jednym kliknięciem myszki, i to dopiero wtedy, gdy już się zapełni dysk. Odkąd korzystam z LR nie mam problemu z zarządzaniem ilością, bo tymi wiórami w ogóle nie zarządzam - zajmuję się jedynie zdjęciami wyselekcjonowanymi.

*i tak robię tych zdjęć dużo mniej, niż wynosi średnia, jak sądzę.


PS. Właśnie obrabiam zdjęcia z wczorajszej sesji reklamowej. Cały dzień pracy, 62 ujęcia. 62 pstryknięcia, 62 rawy, z tego 59 zdjęć (trzy ujęcia stworzyły panoramę ze względu na wymóg rozdzielczości - zdjęcie idzie na billboard). Cud? :)

Żaden cud. Dobry fotograf potrafi zrobić poprawne zdjęcie bez powtarzania go. Ba, to będzie nawet więcej niż poprawne zdjęcie. Ale to nie znaczy, że jak zrobi trzy zdjęcia zamiast jednego, to za każdym razem najlepszym będzie to pierwsze. Będzie ono dobre, ale kolejne mogą okazać się lepsze.


Jeśli nie chcemy być małpą fotografującą wszystko co się rusza i strzelającą na oślep to robimy zdjęć mało ale za to przemyślane - do tego potrzebna nam jest umiejętność robienia zdjęć i idziemy w stronę quality not quantity ( powtarzam to często bo się nauczyłem trzech nowych słów po angielsku - w zasadzie dwóch bo not już znałem ;) )

Dostrzegam tutaj popadanie ze skrajności w skrajność: z jednej strony asceta praktykujący fotograficzne zen polegające na jak najbardziej oszczędnym wciskaniu spustu migawki, a z drugiej strony bezmyślna małpa która rżnie z aparatu jak z karabinu i przestaje dopiero wtedy, gdy zapełni kartę pamięci. To tak nie wygląda.

Karol
14.01.12, 16:24
Co robi fotograf cyfrowy na emeryturze? - segreguje zdjęcia ;-)

Umiar jest cnotą, szczególnie w czasach nadmiaru wszystkiego. Ja miałem to szczęście, że załapałem się na czasy powszechnego naświetlania diapozytywów, co przy okazji nauczyło dbałości o ekspozycję i poszanowania klatek. Film i jego wołanie (na placu z koniem hehe) to było kilka obiadów, waluta bardzo cenna dla ucznia/studenta. Ominął mnie więc zwyczaj pstrykania wszystkiego co się rusza, no może poza sytuacjami kiedy mam nowy aparat i chcę się go nauczyć, albo jakieś miejsce/światło/sytuacja zrobi duże wrażenie. Staram się wówczas zawczasu iść po rozum do głowy i wykasować nadmiar, czasem jeszcze w aparacie - ma to nawet pozytywny aspekt - podczas podróży busem, czy pociągiem można się czymś zająć.

Bodzip
14.01.12, 17:44
Ale czasem się żałuje. Dzisiaj wracałem z Bardejowa. W Zdyni przejechałem obok domku / chałupy z której zwisało tak na oko, ze 40 ponad metrowych sopli. Widok genialny, ale:
jechałem drogą krajową na której było 10 cm śniegu, musiał bym się przekopać przez metrową zaspę i przejść ok 20 m przez 0,5 m śnieg.
I tak żałuję :D

Janko Muzykant
14.01.12, 19:56
Moim zdaniem strzały na zawołanie w dziesiątkę udają się tylko snajperom i na westernach, reszta ma pewien właściwy dla siebie procent trafień.
Hmm... weźmy dla uproszczenia pejzaż (nie wprowadza ograniczeń jak ulotne tematy np. sport). Idziesz - widzisz scenę, którą chcesz uwiecznić, bierzesz aparat, ustawiasz, pstryk i jest materiał. Dzisiejsza technika gwarantuje, że za każdym razem będzie w 100% poprawny technicznie. Pozostaje problem, czy interesujący i tu oczywiście co widz to ocena. Jeden powie - dobre, inny - banał. Więc tego nie rozstrzygajmy (poza oczywiście przypadkami podstawowych błędów kompozycyjnych), jednak można przyjąć, że ilość zdjęć oczekiwanych można przyrównać do ilości wciśnień spustu.
Z ostatniego pstrykania na Fuerteventurze przywiozłem około 250 rawów, z czego zostało 135 zdjęć (11 panoram od trzech po osiem ujęć) i trochę dubli zwierząt, które się ruszały więc wyżej opisana zasada ich nie dotyczy. Kadrów, które nie przeszły weryfikacji było dosłownie kilka, z powodu złej oceny tego, co może powstać z sytuacji zastanej (głównie nieciekawe przepalenia pod słońce, które w założeniach uważałem interesującymi). Tak więc naprawdę da się i nie chodzi tu o jakiś sport w uzysk, ale zwyczajną wygodę.

Byli i są geniusze artyści, którzy siadają do stołu i piszą od ręki utwór bez skazy (Mozart), lecz bywali geniusze, którzy nanosili mnóstwo poprawek na rękopis i zawsze byli niezadowoleni (Beethoven).
Dość kiepskie porównanie, to raczej sytuacja, gdy fotograf aranżuje scenę i wciąż coś przestawia w kadrze. Pstrykając zwykle łapie się stan zastany, scenografia to domena raczej... scenografa :)

Wracając do mojego zdania i mojej praktyki. Jeśli mam okazję w jakimś mieście pofotografować, to wykonuję co najmniej 150 fotek różnych obiektów, w tym tych samych pod różnym różnym kątem patrzenia, przy różnej ogniskowej, różnym sztafażu, itd. Zajmuje mi to minimum 2 – 3 godziny. Czyli 50-80 fotek na godzinę.
Jeśli fotografuję przedmioty nieruchome w zbliżeniach, to jakieś 15 – 20 fotek na przedmiot (różne światło, różne kąty widzenia, różne szerokości kadrów, itd.
Zatem przyjmijmy, że pstrykanie ''na setkę'' (tzn. od razu w ilości docelowej) jest swego rodzaju zdolnością, że od razu wie się, czego się chce. Można, jak piszesz, chadzać dookoła budynku i pstrykać go to z tej strony, to z drugiej, można też chadzać i przyglądać się mu do czasu, aż punkt widzenia będzie najlepszy i dopiero wtedy raz pstryknąć ujęcie. Tak jest - dla mnie - prościej, nie muszę wykonywać czynności, której wyjątkowo nie lubię - sortowania. Zwłaszcza, gdy materiał technicznie jest poprawny za każdym razem.
Rzadko dość, ale zdarza się robić mi śluby. Nie pamiętam, bym zrobił więcej jak pięćset zdjęć przy 250 oczekiwanych właśnie z tego samego powodu - sortowania. A wiadomo, że tu uzysk jest znacznie mniejszy ze względu na dynamikę scen.

Przyjąłem taką metodę biorąc pod uwagę znany fotograficzny problem – nie zrobisz takiego samego zdjęcia temu samemu obiektowi jutro, czy pojutrze, jakie zrobiłeś wczoraj.
Zawsze można żałować warunków, których akurat nie było. To jest sztuka kompromisu i wyboru, a nieprzestrzeganie tego może doprowadzić do absurdu (jak słynne pejzaże, gdzie ktoś tam spędził tydzień przed jedną sceną).

Bo słońce nie tam gdzie trzeba, a jeśli słońce na swoim miejscu, to chmury przeszkadzają, to za dużo błękitu na niebie, to za mało błękitu, to zbyt pochmurno, to za mała mżawka, to za rzadka mgła, to drzewa mają inne liście, to wiatr, to ludzie w kadrze, to jakoś dzisiaj mi nic nie wychodzi, bo oczy zmęczone, bo spojrzenie jakieś takie przyprószone, itd.
I po co się tak stresować? :) Pstrykam 10 lat cyfrowo, na kilkanaście tysięcy ujęć wszystkie są w warunkach, które ''były jakie były''. Zawsze można czegoś tam oczekiwać bardziej, błękitu albo deszczu, albo słońca itd, ale jakie to ma tak naprawdę znaczenie? Jest jak jest, a ja jestem zadowolony.

romek1967
14.01.12, 20:06
Drodzy Moderatorzy, nie wystarczy juz tego OT? Dla przypomnienia to jest wątek o XZ-1, Aparacie firmy Olympus a nie o ascezie i tym ile zdjęć robią miszczowie.

na czerwono, bo czerwony jest przecież dla administracji, prawda?

Edit Karol: kolor czerwony proszę jednak zostawić dla komunikatów administracyjnych

Karol
14.01.12, 20:16
Drodzy Moderatorzy, nie wystarczy juz tego OT? Dla przypomnienia to jest wątek o XZ-1, Aparacie firmy Olympus a nie o ascezie i tym ile zdjęć robią miszczowie.
na czerwono, bo czerwony jest przecież dla administracji, prawda?

Prawda - Romku spokojnie, moderacja jak widzisz śledzi tę dyskusję z ciekawością, a nawet niedobra ;-) wzięła w niej udział. Po pierwsze wystarczy raport, po drugie nie wpadajmy w absurdy, w końcu to forum fotograficzne i tu się dyskutuje o różnych aspektach robienia zdjęć. Temat ciekawy i istotny jak mało który tutaj. A że nieco odbiegł od aspektów technicznych do spraw nawet ważniejszych, żaden problem, wydzieli się do innego wątku i tyle...

Janko Muzykant
14.01.12, 20:19
a nie o ascezie i tym ile zdjęć robią miszczowie.
Nie miszczowie tylko lenie.

Tadeusz Jankowski
15.01.12, 00:55
Moim zadaniem technika cyfrowa jednych rozbestwia i strzelają bez opamiętania, innych dyscyplinuje, taką postawę przyjęli i już. Jedni drugich nie przekonają.

Osobiście sądzę, że z ilością fotek jestem gdzieś pomiędzy tymi dwoma skrajnymi kategoriami.

Zaczynałem fotografowanie na kliszy 6x9 z aparatem z mieszkiem (przedwojennym!). Jeśli dobrze pamiętam, to 8 lub 12 klatek można było naświetlić., czyli tyle co nic, na rozgrzewkę.
Potem dostąpiłem małego obrazka – nowiutka Smiena. Tam było 36 klatek. To już było coś.
Potem Zenit 35 mm i film kolorowy, ale odwracalny, też 36 klatek.

Gdy dzisiaj przeglądam slajdy, to stwierdzam, że udanych było 0,5 – 1, najwięcej 3 klatki spełniające dzisiejsze kryteria i to z ledwością.

Potem były filmy korowe negatywowe, odbitki z maszyny, itd.,itd.

Wkroczenie techniki cyfrowej, to rewolucja polegająca przede wszystkim na tym, że dostalismy więcej kontroli nad zdjęciem na monitorze oraz więcej tolerancji płynącej z ilości.
Fotograf przestał być ograniczony ceną, ilością oraz łatwo może kontrolować wstępnie kadr i techniczną poprawność na bieżąco w trakcie sesji. Dla mnie ilość klatek jaką daje fotografia cyfrowa, to większa swoboda w podejściu do sceny, więcej minimalnie różniących się ujęć, możliwość korzystania z bracketingu, itd.

Aparaty kompaktowe idealnie się nadają do fotografowania okazyjnego, z zapasem na błędy, z wykorzystaniem dość szerokiego przedziału podejść do obiektu oraz np. w fotografii reportażowej, z możliwością szybkiego zarejestrowania różnorodności scen przy zapewnionej wystarczającej poprawności technicznej.

Niewątpliwie takim urządzeniem jest XZ-1 – dość duża mobilność, jasny obiektyw, stosunkowo duża rozdzielczość, słowem wysoka, jakość zdjęć okazjonalnych. Jest to chyba najszerzej używana klasa aparatów (mam na myśli ilość fotek) przez zaawansowanych amatorów.

Na koniec poruszę prowokacyjnie kwestie trzaskania zdjęć w rawach. Wydaje mi się, że wielu amatorów tak dalece zawierzyło tej technice, że nie oczekuje w niej ograniczeń, nie martwi się ekspozycją, ani kolorem, ani szczegółami w cieniach ani rozpiętością tonalną, etc. oczekując, że aparat wypluje mi rawa, a resztę się załatwi suwakami. Często pojawiają się fotki tzw. wyciągane ma maksa, co w niektórych przypadkach nie wygląda najlepiej, a w innych fatalnie – sztucznie, przesadnie, mówiąc hiperbolicznie - nie po krzywej mojego oka.

Pzdr, TJ

dobas
15.01.12, 01:32
@ Epicure - ale w tym swiecie sa skrajności - są asceci i są małpy są lenie są umiarkowanie. kazdt ma aparat więc kazdy moze go użwywać wedle swych potrzeb i uznań... Na prawdę przekrojowo parząc każdy jest inny i akdy ma inne podejście jeden na tygodniowym wyjeździe zrobi 3 - 7 zdjęć ( znam takich ) a inny zapełni 4 kart y 8 GB - też znam takich...

mariush
8.02.12, 10:16
Otóż z analogowej kliszy każde zdjęcie się ''obrabiało'', jeśli tylko zlecało się tę czynność zakładom fotograficznym
Bardzo interesujące stwierdzenie, zkłaszcza w kontekście corocznie pojawiających się nowych zdjęc Marylin Monroe, odzyskanych z setek negatywów pierwotnie odrzuconych przez autorów (albo słynnego swego czasu newsa nt jednego z najsłynniejszych zdjęć Bressona, które było jednym z 24 bodajże zrobionych w ciągu kilku minut).

leszekkl
8.02.12, 10:59
W tych czasach mało kto myśli przy robieniu zdjęć - przecież to nic nie kosztuje,zawsze któreś z kolei się uda. w minionych czasach trzeba było myśleć - bo to kosztowało i to dużo - film;odczynniki; papier; długie godziny przesiedziane w łazience.W tamtych czasach nie było by co najmniej połowy terażniejszych ,,asów'' :wink:, bo to kosztowało dużo pieniędzy i pracy.

Janko Muzykant
8.02.12, 15:57
Bardzo interesujące stwierdzenie, zkłaszcza w kontekście corocznie pojawiających się nowych zdjęc Marylin Monroe
Ups... ale ja raczej o bardziej przyziemnej fotografii :)